Nr 5, sierpień/wrzesień 2009

W bieżącym numerze:

1. Orły różnej maści, Piotr Wodziński, kwiecień 2009 (do pobrania w postaci pdf na dole strony)

2. Ilu było podpalaczy, czyli refleksje wokół Września 1939, Piotr Wodziński, sierpień/wrzesień 2009:
       Czy w ogóle musiało do tego dojść?
        ZSRR
        Niemcy
        Francja
        Wielka Brytania
        Stany Zjednoczone
        Japonia

    Jaka była sytuacja Polski oraz stan jej przygotowań wojennych?
    Ostatnie miesiące i tygodnie pokoju
    Dlaczego Hitler rozpoczął wojnę we wrześniu 1939?
    Wrzesień 1939
    Posłowie, czyli "lwowskie konwentykle" i co z nich wynikło, albo koniuszek nici prowadzącej na Gibraltar

Ilu było podpalaczy?

Czyli refleksje wokół Września 1939

 

            Wiele już napisano w polskiej i zagranicznej historiografii i publicystyce na temat Września 1939, ale tu, w Polsce, nie było, jak dotąd, okazji do pogłębionej refleksji. Szok w społeczeństwie polskim, jaki nastąpił zaraz po tych wydarzeniach takiej refleksji nie sprzyjał. Nie sprzyjała jej histeria rozpętana przez kręgi poprzednio opozycyjne, skupione wokół Rządu Polskiego na emigracji, a zwłaszcza przez niektórych członków rządu generała Sikorskiego, którzy w swojej totalnej krytyce sanacji posunęli się nawet do tego, że chcieli winowajców stawiać przed sądem. Nie sprzyjała temu też okupacja ani okres powojenny, kiedy to komuniści, niepomni win własnych ani ich protektorów w Moskwie, nie zostawiali suchej nitki na "piłsudczykach" czy „sanatorach”. Okres po 1989 roku, okres odreagowywania po poprzednim zakłamaniu, z kolei ujawnił tendencje do mitologizowania tak rządów sanacyjnych, jak i Września 1939, a także całego „polskiego wysiłku zbrojnego” w II Wojnie Światowej. Tymczasem, wiele jest jeszcze pytań, na które po prostu brak odpowiedzi; niektóre kwestie, być może, w ogóle nigdy nie zostaną wyjaśnione.

            O ile „mitologii ludowej” można wiele wybaczyć, tzn. uproszczeń, przeinaczeń, czy po prostu niedoinformowania, o tyle tendencyjne przeinaczenia, przekłamania, czy pomijanie niewygodnych faktów, pisanie pod z góry upatrzoną tezę, są wręcz niewybaczalne, dyskwalifikujące z punktu widzenia warsztatu historyka; pleni się to jednak w dalszym ciągu, jak choćby w ostatnich publikacjach w mediach rosyjskich. Nie roszcząc sobie pretensji do rangi „naukowości”, jako historyk-amator (z akcentem na to ostatnie) chcę przedstawić swoje refleksje i przemyślenia wokół Września 1939 roku. Nadchodząca, okrągła rocznica jakby sprzyja temu.

            Pytaniem niejako wyjściowym do wszelkiej dyskusji na temat tych dramatycznych wydarzeń jest:

Czy w ogóle musiało do tego dojść?

 Doprecyzujmy: czy musiało dojść do wojny w 1939 roku? Mieszczą się w tym, w istocie, dwa pytania, zależnie od sposobu akcentowania: a) czy do tamtej wojny musiało dojść w ogóle?, b) czy musiało dojść do niej w 1939 roku, a nie np. w 1942? (Z punktu widzenia Polski, i nie tylko, to rozróżnienie ma sens, będzie o tym mowa później).

            Historiografia polska przy próbach odpowiedzi na to i na inne pytania często popełnia grzech "polonocentryzmu" redukując cały problem do kontekstu polsko-niemieckiego, tzn. upatrując przyczyn w zamiarach Hitlera włączenia Gdańska do Rzeszy, eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej przez Korytarz Gdański itp., czemu Polska przeciwstawiła się, wobec czego Hitler sięgnął po środki militarne. Zależnie od opcji politycznej, jaką dany pisarz lub publicysta wyznaje, padają jeszcze wzmianki czy to o zakusach Stalina, czy też o gwarancjach Wielkiej Brytanii i Francji. Tymczasem problem jest znacznie bardziej skomplikowany, niektórych czynników polska historiografia w ogóle nie bierze pod uwagę, a zwykły, "szary czytelnik" o nich nie wie. Popełnia się przy tym jeszcze jedno, niedopuszczalne uproszczenie, nie tylko zresztą przy tej okazji. Mianowicie, uważa się, że skoro w późniejszej fazie wojny dwa państwa były sprzymierzone, to tak też było w okresie poprzednim. Wyświechtanym przykładem jest choćby ZSRR, który na początku szedł ręka w rękę z Hitlerem, potem zaś, z konieczności, zmienił front. Ale takich przypadków jest więcej, nie chodzi przy tym o taką Rumunię, która aż do 1944 roku była sojusznikiem Niemiec, potem zaś przystąpiła do wojny po stronie aliantów. Wpadła mi w ręce bardzo ciekawa książka: „Od własnej kuli, tajna wojna między aliantami”, L. Picknett, C. Prince, S. Prior, zawierająca wiele istotnych informacji w ogóle nieznanych polskiemu czytelnikowi. Idąc tropem autorów zestawmy listę "rozgrywających" na światowej szachownicy w okresie poprzedzającym wrzesień 1939 r.; dodajmy: Polska do nich się nie zaliczała, była pionkiem, ważnym, ale tylko pionkiem:

Niemcy,
ZSRR,
Wielka Brytania,
Francja.
Polski czytelnik pewnie na tym zakończyłby listę, tymczasem poważną rolę, z wielu względów, odgrywało jeszcze dwóch uczestników:
USA
Japonia.
Nietrudno zauważyć, że im więcej uczestników, tym bardziej zagmatwane kłęby interesów, konfliktów itp., nie tylko w układzie bilateralnym, lecz i bardziej złożone. Wypadałoby w tym miejscu, choćby pokrótce, przypomnieć zarówno sytuację wewnętrzną w każdym z wymienionych państw, jak i jego dążenia, przynajmniej w takim zakresie, jaki jest ogólnie znany.

do spisu treści

ZSRR

        Jak celnie zauważył Wiktor Suworow w całej serii swoich publikacji, bolszewicka Rosja, a później ZSRR, była obciążona czymś na kształt „grzechu pierworodnego”, mianowicie tym, że bolszewicy obalając Rząd Tymczasowy, którego – zgodnie z nazwą – wcale nie trzeba było obalać, oraz rozpędzając konstytuantę, popełnili zbrodnię wobec własnego narodu, albo zdradę stanu, jeśli ktoś woli. W dodatku zawarli separatystyczny pokój z Państwami Centralnymi, co oznaczało po prostu obrócenie w niwecz całego wysiłku wojennego carskiej Rosji, zamknęło nowej Rosji drogę do Wersalu. Przyczyny zawarcia traktatów brzeskich są jasne, ale to materiał na inną dyskusję. Wskutek tych wydarzeń bolszewicy znaleźli się właściwie w sytuacji bez wyjścia: utrzymanie się komunizmu w jednym kraju było, na dłuższą metę, praktycznie niemożliwe, pozostawał więc „eksport” rewolucji, co też bolszewicy usilnie starali się czynić. Kiedy Rosja bolszewicka (ZSRR) była słaba, hurra-optymistyczne działania czy to w Niemczech, czy na Węgrzech lub gdzieindziej spaliły na panewce. W tej obłąkańczej logice Stalin zachował na tyle rozsądku, że uznał, iż najpierw trzeba stworzyć podwaliny, czytaj siły zbrojne, zdolne stawić czoła imperialistom i roznieść po świecie „pożar rewolucji. Dodatkowo, tak Stalin, jak i jego prawa ręka w sprawach wojskowych, Borys Szaposznikow, wyciągnęli wnioski z niepowodzeń Rosji w I Wojnie Światowej, do której państwo carów było kompletnie nieprzygotowane. Wniosek był prosty: z uwagi na rozmiary państwa, możliwości komunikacyjne itp. mobilizacja wielomilionowej armii wymaga czasu, zatem ZSRR powinien przystąpić do wojny w takim terminie, który uzna za odpowiedni. To z kolei oznacza, że jak najbardziej wskazane jest to, by ZSRR wystąpił zaczepnie i włączył się do wojny dopiero wtedy, gdy potencjalni przeciwnicy wykrwawią się. To łączy się ze znanym powiedzeniem Szaposznikowa: "Mobilizacja znaczy wojna!". Przedtem jednak należało wojsko sowieckie odpowiednio wyposażyć, to z kolei wymagało rozbudowy przemysłu w zacofanym skądinąd kraju. O skali zbrojeń sowieckich, zwłaszcza w latach 30-ych XX w. wywiad polski był dobrze poinformowany; pisał o tym m.in. A. Pepłoński „Wywiad polski przeciwko ZSRR, 1921-39”. Dziś już wiemy, jakie znaczenie w II Wojnie Światowej miała broń pancerna. Skala rozbudowy wojsk pancernych w ZSRR nie była tajemnicą dla obcych wywiadów, w tym polskiego. Heinz Guderian, w swoich „Wspomnieniach żołnierza”, wspomniał o tym, jakie batalie musiał stoczyć z cenzurą i dowództwem Wehrmachtu, zanim oddał do druku słynną publikację "Achtung, Panzer!", a to właśnie w związku z oceną stanu wojsk pancernych w ZSRR; zgodzono się na 10 tys. czołgów podczas, gdy Generał miał dane o 17 tysiącach. Generał Anders z kolei w "Bez ostatniego rozdziału" mówił o 12 tysiącach; rozbieżności można tłumaczyć tym, że dane dotyczyły różnych okresów. Nie zmienia to faktu, że ok. 3 tys. czołgów, jakie Hitler rzucił przeciwko ZSRR w roku 1941 przedstawiało się nader skromnie pod względem ilościowym, nie mówiąc o jakości. Już choćby te liczby, uzupełnione milionową armią spadochroniarzy oraz ogromną ilością samolotów, zwłaszcza szturmowych, oraz artylerii stromotorowej nie pozostawiają wątpliwości co do charakteru przygotowań wojennych Stalina.

Nic więc dziwnego w tym, że polskie władze najwyższe, łącznie z marszałkiem Rydzem-Śmigłym, aż do późnej jesieni 1938 większego zagrożenia upatrywały we wschodnim sąsiedzie niż w zachodnim.

Mówiąc o ZSRR nie możemy zapominać o działaniach Kominternu, traktowanego czysto instrumentalnie przez bolszewików do „podgrzewania nastrojów” w krajach takich, jak Niemcy czy Francja, czy wręcz do destabilizacji, o niezwykle agresywnej agenturze sięgającej swoimi mackami nawet do najwyższych kręgów władzy w różnych krajach; znana jest choćby sprawa "czwórki (czy też piątki) z Cambridge", jest to jednak przypadek ujawniony. Ile pozostało niewykrytych, pozostaje skrzętnie strzeżoną tajemnicą. Przy okazji wypada wspomnieć o nieznanym, dotąd, stopniu penetracji najwyższych nawet kręgów rządowych, wojska, policji itd. przez sowiecką agenturę w Polsce. O niektórych podejrzeniach pisał swego czasu Dariusz Baliszewski. Niektóre przypadki zostały ujawnione dopiero w wiele lat po wojnie. Niektórzy osobnicy tego typu pojawili się na arenie politycznej tzw. "demokracji ludowych", jak choćby Erich Mielke w NRD, Ernö Gerö na Węgrzech, czy Bolesław Bierut, Alfred Jaroszewicz, Włodzimierz Lechowicz w Polsce itd., inni pozostają nieznani. Sowieckie służby na szeroką skalę stosowały też metody „terroryzmu państwowego” w postaci zamachów i porwań, jak choćby zabójstwo Semena Petlury, Yevhena Konowalca, porwanie generałów Millera i Kutepowa, żeby poprzestać na paru przykładach. Dodajmy do tego szerzący się, zwłaszcza na początku lat 20-ych, zwykły bandytyzm na pograniczu polsko-sowieckim. Stosowane były też bardziej subtelne metody sączenia komunistycznego jadu, wykorzystywano w tym celu lewicowe i lewicujące kręgi intelektualistów, inteligencji, publicystów, uczonych itp. Niekoniecznie chodziło przy tym o działalność stricte szpiegowską na rzecz ZSRR, lecz raczej o sianie defetyzmu (słynne „Nie chcemy umierać za Gdańsk”), "rozhuśtanie" nastrojów, destabilizację, wreszcie rozpętanie "ognia rewolucji", czego ukoronowaniem miało być wkroczenie Armii Czerwonej.

do spisu treści

Niemcy

Powszechnym w społeczeństwie niemieckim okresu międzywojennego było przekonanie o „krzywdzie traktatu wersalskiego”. W pewnym stopniu był to uzasadnione, gdyż – jak pisał choćby pułkownik Beck w swoim „Ostatnim raporcie” – to na Niemcy właśnie zrzucono całe odium za wybuch I Wojny Światowej. Do tego doszły straty terytorialne na rzecz Francji, Belgii, a zwłaszcza Polski. Dla nas odzyskanie Wielkopolski, Pomorza czy części Śląska było oczywiste, u Niemców mogło to wywołać subiektywne uczucie krzywdy. Dodajmy do tego wyłączenie Gdańska w postaci Wolnego Miasta, które – powiedzmy uczciwie – było zdominowane przez ludność niemiecką; inna rzecz, czy wszyscy niemieccy Gdańszczanie życzyli sobie pozostawania w granicach Niemiec?

Traktat wersalski nałożył na Niemcy szereg ograniczeń, które mogły wywoływać uczucie upokorzenia: ogromne reparacje na rzecz zwycięzców, zakaz posiadania floty wojennej, lotnictwa, broni pancernej, ciężkiej artylerii, wreszcie ograniczenie sił zbrojnych do 100-tysięcznej Reichswehry. Faktem jest jednak, że Niemcy dość sprytnie te ograniczenia omijali; przede wszystkim Reichswehra stała się armią kadrową skupiającą najlepsze kadry oficerskie, które z natury rzeczy były podatne na nowinki techniczne. Niewątpliwie przyczyniło się to do tego, że oficerowie pokroju Heinza Guderiana znajdowali posłuch. Drugim sposobem obejścia ograniczeń były rosnące wokół Reichswehry instytucje i instytuty niby-cywilne, które z czasem coraz bardziej traciły swój cywilny charakter. Wreszcie instytucje badawcze, biura, stowarzyszenia działające w gruncie rzeczy na potrzeby militarne zostały „rozparcelowane” na kraje ościenne i dalsze, np. Turcję, Holandię, Finlandię itd., o których wspomina Pierre de Villemarest w „Źródłach finansowania komunizmu i nazizmu”. Wreszcie trzeba dodać intensywną współpracę przemysłową i wojskową między ZSRR i Niemcami, zwłaszcza przed 1933 r. Wielu późniejszych asów Luftwaffe szkoliło się dzięki temu na poligonach sowieckich, podobnie czołgiści itd.

Olbrzymie reparacje nałożone na Niemcy, kryzys gospodarczy pierwszych lat powojennych wraz z gigantyczną inflacją oraz ogólna radykalizacja nastrojów spowodowały, że na arenie politycznej Niemiec górę wzięły elementy skrajne kosztem umiarkowanej lewicy, centrum i chadecji. Krótki okres prosperity po reformie walutowej okazał się za krótki, gdyż wielki kryzys gospodarczy przełomu lat dwudziestych i trzydziestych spowodował jeszcze większą radykalizację „podgrzewaną” przez komunistów niemieckich sterowanych z Moskwy oraz hitlerowską NSDAP, która od końca lat 20-ych odgrywała coraz większą rolę. Paradoksalnie, elementem stabilizującym usiłowali być socjaliści. W związku z tym pojawia się czynnik, który powinien dawać wiele do myślenia, bowiem w międzynarodowym ruchu komunistycznym zaczęła obowiązywać teza o „socjalfaszyzmie”; dla komunistów, czytaj: dla kierownictwa w Moskwie, większym zagrożeniem dla rewolucji mieli być socjaliści/socjaldemokraci niż faszyści. Czyżby rację miał Vladimir Bukowski, który w przedmowie do książki wspomnianego Pierre’a de Villemarest „Untouchable. Who protected Bormann and Gestapo-Müller after 1945?” pisał o fałszywej dychotomii, jaką propaganda stalinowska, skutecznie, wmówiła wielu ludziom na całym świecie, że oto są dwie strony: dobra i postępu, uosabiana przez Związek Radziecki, oraz siły zła, wstecznictwa i reakcji, czyli faszyzm, mówiąc krótko "good guys, bad guys" (zaś najgorszym złem mieli być właśnie socjaliści wszelkiej maści)? Rzecz w tym, że dychotomia była całkowicie fałszywa, gdyż komunizm i faszyzm były sobie na tyle bliskie, że stanowiły jedną stronę medalu, tą drugą była demokracja, której podporą w Niemczech byli właśnie socjaliści i socjaldemokraci.

Dojście Hitlera do władzy zmieniło radykalnie sytuację wewnętrzną Niemiec i tym samym scenę polityczną Europy. Hitler stopniowo łamał ograniczenia nałożone na Niemcy przez traktat wersalski. Ponieważ zbiegło się to w czasie ze stopniowym wychodzeniem z kryzysu gospodarczego, można zrozumieć, choć niekoniecznie usprawiedliwić, szerokie poparcie, jakim cieszył się w społeczeństwie niemieckim.

Jakie były cele Hitlera? Sądzę, że jest to dość jasne: rewizja „niesprawiedliwych” postanowień traktatu wersalskiego, jednakże to prostą drogą prowadziło do konfliktu przede wszystkim z Francją. Mowa była także o zjednoczeniu wszystkich Niemców w jednym państwie, co w perspektywie prowadziło do konfliktu z sąsiadami na Wschodzie, czyli Polską i Czechosłowacją, tym bardziej, że niemieckie zakusy na Gdańsk nie były tajemnicą. Dopiero w dalszej, dużo dalszej perspektywie chodziło o Lebensraum, „przestrzeń życiową”, na Wschodzie. Doraźnie jednak, co trzeba podkreślić, zawarty pakt o nieagresji z Polską zakończył okres napięcia charakterystycznego dla ostatnich lat Republiki Weimarskiej.

Nie od rzeczy będzie tu też przypomnienie roli komunistów w dojściu Hitlera do władzy. Otóż świadomie lub mimowolnie komuniści przyczynili się do tego, raz – przez radykalizację społeczeństwa, dwa – w krytycznym momencie 1932 roku, kiedy chodziło o rozwiązanie Reichstagu, popierając wniosek NSDAP. Warto też przypomnieć, że sama przynależność do KPD nie wykluczała nikogo ze społeczeństwa po nazistowskim przewrocie, co więcej, jak na emigracji pisał Albert Grzesinski, ex-prezydent policji berlińskiej, wcześniej również wiceminister spraw wewnętrznych w rządzie Prus, w 1932 r. połowę berlińskiej SA stanowili właśnie komuniści. Dodajmy do tego, że Stalin nie wahał się poświęcić najwierniejszych nawet niemieckich towarzyszy po tym, jak ci swoje zadanie już spełnili. Wielu też trafiło do nazistowskich więzień i obozów koncentracyjnych, z kolei wielu spośród tych, którzy zdołali uciec do ZSRR, spotkał ten sam los. Oni nie byli już potrzebni, Stalin miał w zanadrzu innych, bardziej "spolegliwych"!

Mówi się, że Hitler był po prostu oportunistą, kierującym się zasadą „chwytaj, co możesz”. Stąd brały się bezkarne właściwie sukcesy w postaci Anschlussu Austrii, wykorzystania słabości Zachodu przy okazji czeskich Sudetów, zajęcia Czech i Moraw, wreszcie Kłajpedy. Ale czy tylko oportunizm Hitlera i polityka „ugłaskiwania” stosowana przez Wielką Brytanię i Francję przesądziły o tym, że Hitler bezkarnie dokonał tych aneksji?

Rzecz jasna, od samego początku Führer rozbudowywał niemieckie siły zbrojne; podwaliny już przecież istniały: ogromny przemysł, armia kadrowa w postaci Reichswehry, wreszcie wspomniane już instytucje i organizacje paramilitarne, różne automobilkluby, kluby szybowcowe itd., nie zapominajmy także o rozbudowanej policji, która nierzadko była „przechowalnią” wykwalifikowanych kadr dla armii. Tym niemniej Niemcy długi czas były słabe militarnie, polski wywiad miał tego świadomość, dlatego aż do wiosny 1939 roku GISZ i Sztab Główny pracowały głównie nad planem „Wschód”. Dopiero po konferencji monachijskiej kierownicze kręgi RP zdały sobie sprawę, że niebezpieczeństwo wcześniej może przyjść z Zachodu. Podstawową słabością Niemiec i ich gospodarki był brak surowców, zwłaszcza ropy naftowej, co stanowiło poważne ograniczenie dla rozwoju wojsk pancernych i zmechanizowanych oraz lotnictwa. Należy pamiętać o tym, o czym wtedy nie mógł nikt wiedzieć, że III Rzesza przez całą wojnę borykała się właśnie z deficytem paliwowym. Nie pomogła nawet budowa fabryk benzyny syntetycznej. O tych brakach wywiad polski również dobrze wiedział. Będzie jeszcze o tym mowa.

do spisu treści

Francja

Francja należała do zwycięzców w I Wojnie Światowej, ale poniosła w tej wojnie ogromne straty tak materialne, jak przede wszystkim ludzkie. Dlatego Francja lat 20-ych i 30-ych XX w. nie była już tą z roku 1918 ani tym bardziej 1914. Przypomnijmy również i to, że już u schyłku 1916 roku groziło jej totalne rozprzężenie, zwłaszcza w siłach zbrojnych, które udało się przezwyciężyć jedynie drakońskimi metodami, z dziesiątkowaniem niektórych jednostek włącznie. Tym można tłumaczyć tak ogromną niechęć Francji i Francuzów do nowej wojny, co jeszcze podsycali komuniści i tzw. „użyteczni idioci” sterowani, bezpośrednio lub pośrednio, z Moskwy lub Berlina.

Francuskie sfery wojskowe tkwiły, mentalnie, jeszcze w okopach poprzedniej wojny, mimo tego, że armia francuska sprawiała, przynajmniej pozornie, imponujące wrażenie. Pod względem lotnictwa i czołgów, przynajmniej ilościowo, nie ustępowały Wehrmachtowi. Ale doktryna wywodziła się, jak wspomniałem, jeszcze z poprzedniej wojny. Dodatkowo, wzniesiona nakładem ogromnych środków, Linia Maginota, pogłębiała tę ułudę. W nadchodzącej wojnie, jak już wiemy, okazała się być całkowicie nieprzydatną. Warto wspomnieć również i to, że Francja stosunkowo łagodnie przeszła przez wielki kryzys gospodarczy. Liczba bezrobotnych nie przekraczała 400 tys. osób, co tak kontrastowało z Niemcami, Wielką Brytanią, nie mówiąc o USA.

Pod względem politycznym Francja stworzyła sobie coś na kształt strefy wpływów wokół Niemiec, słusznie uważanych za głównego przeciwnika, opartych na traktatach sojuszniczych, choćby z Polską, Czechosłowacją, Rumunią czy Jugosławią. Inna rzecz, na ile lojalnym sojusznikiem była sama Francja, gdy przyszła chwila próby?

Słabość wewnętrzna Francji pogłębiana jeszcze przez częste zmiany rządów, w tym tzw. "front ludowy", pogłębiały niezdecydowanie tego kraju wobec rosnącego zagrożenia ze strony Niemiec, próby wasalizacji sojuszników stwarzały okresy napięć lub rozluźnienia sojuszy z państwami Europy Środkowej i Wschodniej, w dodatku, np. w stosunkach między Polską i Francją, występowały różnice zdań w kwestii stosunków z ZSRR. Dodatkową, mało zbadaną okolicznością w Polsce, są działania opozycji antysanacyjnej, zapatrzonej we Francję (np. Frontu Morges), która zahaczała o agenturalność. Nie poprawiały stosunków polsko-francuskich zakulisowe działania ambasadora Leona Noela i generała Musse'a wśród generalicji i w kręgach politycznych. Działalność ta miała wszelkie znamiona spisku, który dał o sobie znać we wrześniu 1939 roku m.in. w związku z internowaniem Prezydenta i rządu RP w Rumunii.

Wielka Brytania

Kierowników nawy państwowej w Wielkiej Brytanii, zwłaszcza ekipy Chamberlaina, w mniejszym stopniu Baldwina, oskarża się o uprawianie polityki appeasementu wobec Hitlera porównując ją z nieprzejednaną postawą Churchilla, który w 1935 grzmiał, że „Niemcy powinny być zniszczone”. Czy słusznie jednak? Jeśli uwzględnić ówczesne uwarunkowania, wspomniane choćby w „Od własnej kuli…”, wypowiedzi i postawa Churchilla wywołują nieodparte wrażenie cynicznego wykorzystywania faktu, że Neville Chamberlain, w imię wyższych racji, nie mógł publicznie wyjawić powodu swojego takiego, a nie innego postępowania, o czym ten pierwszy doskonale wiedział.

Wielka Brytania, obok Francji, była gwarantem ładu po-wersalskiego w Europie, co traktowała dość poważnie, o czym nie należy zapominać. Jednakże sytuacja Wielkiej Brytanii była dość skomplikowana, jeśli zważyć choćby rozległość Imperium. Przed I Wojną Światową Wielka Brytania była główną potęgą gospodarczą, Londyn był centrum finansowym świata, zaś Royal Navy królowała na morzach. To pozwalało Brytyjczykom na życie w poczuciu splendid isolation. W tym czasie obowiązującą w Wielkiej Brytanii była doktryna dwóch mocarstw, co znaczyło, że flota brytyjska miała być silniejszą od połączonych dwóch kolejnych mocarstw morskich. I Wojna Światowa radykalnie zmieniła sytuację; Brytyjczycy, podobnie jak Francuzi, ponieśli duże straty, zwłaszcza w kadrze oficerskiej. Całe roczniki dżentelmenów z Cambridge, Oxfordu, Eton itd. pozostały na polach Flandrii, Szampanii itd. Pamięć o tym bynajmniej nie zachęcała do powtórki. Po drugie, Wielka Brytania wyszła z wojny ogromnie zadłużona, głównie wobec USA. Przypomnijmy, że przez większą część czasu wojny Brytyjczycy musieli płacić żywą gotówką za amerykańskie dostawy. Wprawdzie traktat wersalski przyznał Brytanii reparacje ze strony Niemiec, ale ci nie byli w stanie ich spłacać, niewiele pomogły pożyczki amerykańskie, które z kolei wracały za ocean w postaci… spłaty brytyjskiego zadłużenia. Bilans dla Wyspiarzy: zero! Kiedy nastał kryzys, a zwłaszcza po dojściu Hitlera do władzy, spłata reparacji, nawet zredukowanych, ustała. Krótko mówiąc: doktryna dwóch mocarstw okazała się być luksusem nie do utrzymania. W dodatku od 1915 roku Amerykanie na potęgę rozbudowywali swoją flotę wojenną, która zaczęła zagrażać interesom brytyjskim. Dwukrotnie, na początku i pod koniec lat 20-ych, zdawało się, że dojdzie do wojny między USA i Wielką Brytanią. Kres temu położył dopiero kryzys gospodarczy końca lat 20-ych.

W związku z problemami finansowymi doktryna "dwóch mocarstw" z konieczności musiała ustąpić miejsca innej: "doktrynie dziesięciu lat”, sformułowanej na samym początku lat 20-ych, która zakładała, że w ciągu 10 lat W. Brytania nie przystąpi do wojny. Kiedy te 10 lat upłynęło, a dał o sobie znać kryzys gospodarczy, przekształciła się w zasadę „10 lat kroczących”, przedłużanej z roku na rok. Konsekwencje tych cięć oszczędnościowych były bardzo poważne; oto w odróżnieniu od czasów sprzed I Wojny Światowej W. Brytania nie była już w stanie prowadzić równocześnie wojny w Europie i na Dalekim Wschodzie, gdzie z kolei nabrzmiewał inny problem związany z ekspansjonizmem japońskim. Nie trzeba dodawać, że W. Brytania była potęgą morską, miała dość silne lotnictwo, ale wojska lądowe w Europie liczyły na stopie pokojowej ledwie kilka dywizji.

Rozległość imperium, konieczność ochrony szlaków handlowych i komunikacji z tak odległymi krajami, jak choćby Australia czy Nowa Zelandia, szczupłość środków, a równocześnie nasilająca się ekspansja Japonii postawiły kolejne ekipy rządowe przed problemem z gatunku „kwadratury koła”, mianowicie koniecznością wyboru: czy skupić gros sił w Azji, czy w Europie? Dodatkowo Wielka Brytania bardzo dotkliwie odczuła skutki wielkiego kryzysu gospodarczego, który na Wyspach trwał wyjątkowo długo. W tym, że jednak Brytania z niego wyszła, niemała zasługa ówczesnego ministra skarbu, późniejszego premiera, Neville’a Chamberlaina. Tym niemniej właśnie z powodu kryzysu przygotowania wojenne zostały uruchomione bardzo późno, bo ok. 1937 roku. W dodatku wytworzyła się taka sytuacja, że na wypadek wojny w większej skali Wielka Brytania zdana była na pomoc Stanów Zjednoczonych, co Roosevelt skrzętnie wykorzystywał.

do spisu treści

Stany Zjednoczone

Przed I Wojną Światową USA były państwem drugiej kategorii, jeśli mówić o mocarstwie, to najwyżej w skali regionalnej. Jak wiadomo, Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny dopiero w 1917 roku, jednakże fakt ten wcale nie przyspieszył końca wojny, lecz wręcz przeciwnie; wiosną 1917 roku rokowania między Ententą i Państwami Centralnymi były już dość zaawansowane. Inna rzecz, to retoryczne pytanie, jak nieprzystąpienie USA do wojny wpłynęłoby na sprawę polską? Jednakże do tego czasu Amerykanie wysyłali dostawy wojenne obu stronom, przy czym Wielka Brytania musiała za nie płacić żywą gotówką. Dość dziwnie wygląda takie zestawienie:

1. Najpierw USA „handlują na obie strony”, przez co zyski koncernów amerykańskich tylko w latach 1916-17, jak podają autorzy „Od własnej kuli…”, wzrosły o 800%.

2. Potem przystępują do wojny powodując w efekcie jej przedłużenie

3. Inicjują (w osobie prezydenta Wilsona) porządek wersalski, a nawet powstanie Ligi Narodów

4. Wycofują się za ocean, czyli odcinają się od własnego dzieła,  wszczynając równocześnie ekspansję gospodarczą w wyniszczonej wojną Europie.

Jak wspomniałem, już w 1915 roku Ameryka rozpoczęła rozbudowę floty wojennej, która w krótki czas po wojnie zaczęła zbliżać się swoim tonażem do floty brytyjskiej. Prowadziło to wręcz do konfliktu, tym bardziej, że początkowe porozumienie nie obejmowało krążowników, a Amerykanie wykorzystali tę lukę.

Konflikt ustał wyłącznie z powodu wielkiego kryzysu gospodarczego, który zaczął się od słynnego krachu na giełdzie nowojorskiej w październiku 1929 roku. Rekonwalescencja trwała bardzo długo, bo jeszcze pod koniec lat 30-ych liczba bezrobotnych w USA przekraczała 16 mln osób. Zainicjowana przez prezydenta Roosevelta polityka zwana New Deal osiągnęła w pewnej mierze efekty, ale tym niemniej w 1937 roku przed Ameryką pojawiło się widmo nowe, jeszcze poważniejszego kryzysu.

Tymczasem w Azji ekspansja Japonii zaczęła poważnie zagrażać nie tylko interesom politycznym i handlowym Ameryki, również Wielkiej Brytanii, Francji i Holandii. Widmo kryzysu gospodarczego spowodowało, że prezydent Roosevelt zdecydował się na transfer środków New Deal’u na zbrojenia, co było nie tylko niekonstytucyjne, lecz wręcz nielegalne. Mówi się, że społeczeństwo amerykańskie było nastawione izolacjonistycznie. Pogląd ten jest niesłuszny. Prawdziwa przyczyna „izolacjonizmu” polegała na tym, że wspomniane wyżej olbrzymie zyski amerykańskich koncernów w I Wojnie Światowej wywołały w moralistycznie nastawionym społeczeństwie powszechne oburzenie, co znalazło swój wyraz w stanowisku Kongresu. Na podstawie przebiegu wydarzeń można odtworzyć linię polityczną przyjętą przez prezydenta Roosevelta; zamierzał on doprowadzić: a) do pobicia Japonii, b) przez doprowadzenie do wojny między Niemcami i Wielką Brytanią oraz Francją doprowadzić do pobicia Niemiec oraz degradacji tych dwóch ostatnich. (Nie zapominajmy o tym, że Roosevelt spędził młode lata w Niemczech, tam uczęszczał do szkoły, znał biegle język i był… germanofobem). W celu realizacji swoich zamierzeń już od początku swojej prezydentury stosował różnego rodzaju naciski, polityczne, handlowe itp., na Japonię. Sojusznika przeciwko Japonii upatrzył sobie w Stalinie, co znalazło swój wyraz w uznaniu ZSRR oraz nawiązania z nim stosunków dyplomatycznych w grudniu 1933 r. Dlaczego postawił na zbrojenia? Ówczesny podział gospodarczo-polityczny świata był zupełnie inny niż dzisiaj. Europa, zwłaszcza w kryzysie, była zamknięta dla amerykańskiego eksportu, podobnie Afryka – rozparcelowana między mocarstwa kolonialne. Kraje imperium brytyjskiego były niedostępne z powodu ceł zaporowych i polityki protekcjonizmu. Pozostawała Ameryka Południowa, ale tam z kolei ścierały się wpływy gospodarcze Niemiec i Wielkiej Brytanii. Udało się wszakże dokonanie pewnych wyłomów, mianowicie Roosevelt doprowadził do zacieśnienia stosunków z Kanadą i Australią, również dyplomatycznych, bez oglądania się na Londyn. Podobnie w Egipcie, który wprawdzie nominalnie był państwem niepodległym, leżał jednak w strefie wpływów brytyjskich. Tak więc, Roosevelt zamierzał powtórzyć manewr z I Wojny Światowej, czyli doprowadzić do wojny toczącej się bez udziału Ameryki i z dala od niej, co pozwoliłoby na dostawy dla obu stron. Tymczasem doraźnie, tzn. w epoce Monachium, wojna nie wybuchła, co wywołało, jeśli nie wściekłość, to ogromne niezadowolenie Roosevelta. Właśnie w tym czasie osobisty doradca Prezydenta, Harry Hopkins, otrzymał polecenie dokonania tajnej oceny przemysłu lotniczego i jego możliwości podjęcia produkcji wojennej (wrzesień 1938!). Wkrótce potem stało się to, o czym mówiłem wcześniej, mianowicie fundusze New Dealu zostały przekazane na produkcję wojenną, co było wręcz w USA nielegalne. Przypomnijmy, że w tym czasie armia amerykańska, oprócz marynarki wojennej, była mniej liczna niż belgijska. Niedługo potem generał George C. Marshall, z rekomendacji właśnie Hopkinsa, został szefem połączonych sztabów, zaś jego łącznikiem z FDR był… Hopkins. Nie przypadkiem powtarzam to nazwisko; wtedy nikt w Ameryce nie znał drugiej twarzy tego pana. Dopiero po wojnie, dzięki Projektowi Venona[1], wyszło na jaw, że Harry Hopkins był sowieckim agentem wpływu. Krótko mówiąc, to, co czynił Roosevelt, nie było tajemnicą dla Stalina. Co więcej, sprawa „czwórki/piątki z Cambridge” jest ogólnie znana, mniej natomiast znany jest fakt, że najwyższe szczeble administracji były wręcz naszpikowane sowieckimi „wtyczkami”. Część z nich udało się zidentyfikować dopiero po wojnie…

Cechą charakterystyczną rządów prezydenta Roosevelta było to, że z upodobaniem uprawiał politykę kanałami nieoficjalnymi, z pominięciem Departamentu Stanu, ambasad obcych w Waszyngtonie oraz ambasad amerykańskich za granicą; znamiennym przykładem są nieoficjalne kontakty z Winstonem Churchillem, na długo przedtem, zanim ten ostatni został premierem Wielkiej Brytanii, prowadzone za plecami premiera Chamberlaina. Jest czymś raczej niespotykanym, by głowa państwa i szef rządu kontaktował się bezpośrednio z ministrem innego kraju, za plecami jego zwierzchnika. Stąd nie wszystkie działania znajdują odzwierciedlenie w oficjalnych dokumentach.

Znamiennym dla polityki Roosevelta owego czasu jest cytat za „Od własnej kuli…” dotyczący lata 1939 roku: „Prezydent Roosevelt napisał notatkę do Williama Bullitta, w tym okresie ambasadora we Francji, polecając mu poinformować rząd francuski, że jeżeli w razie ataku nazistów na Polskę Francja i Anglia nie przyjdą Polsce z pomocą, kraje te nie będą mogły oczekiwać pomocy ze strony Ameryki, gdyby wybuchła wojna powszechna. Z drugiej strony, jeżeli Francja i Anglia natychmiast wypowiedzą Niemcom wojnę, mogą oczekiwać "wszelkiej pomocy" Stanów Zjednoczonych".

Notatka ta zdaje się nie pozostawiać żadnych wątpliwości, co do stanowiska Ameryki wobec nadchodzącego konfliktu. Pozostaje jednak problem szczerości (a raczej jej braku) intencji w związku z faktem, że wcześniej (a także później) ten sam Roosevelt ustawicznie prowokował Japonię, a co gorsze, uczynił wszystko, co możliwe, aby uniemożliwić Brytyjczykom zawarcie jakiegoś modus vivendi z Japonią i tym samym wiążąc im ręce na Dalekim Wschodzie w sytuacji, gdy coraz bardziej realną stawała się groźba konfliktu w Europie.

Na początku wojny Niemcy opublikowali tzw. „Białą Księgę”, w której całą winę za wybuch wojny zrzucili na Anglię, Francję i Polskę. „Księga” mogła być, i była, interpretowana jako działalność propagandowa, tymczasem zawierała m.in. faksimile dokumentów zdobytych w Warszawie. Z raportów z polskich placówek dyplomatycznych wynika jednoznacznie, że Waszyngton wywierał naciski także na Polskę, aby usztywniła swoje stanowisko wobec żądań Hitlera. Wybiegając może nieco naprzód zacytuję fragment przemówienia Hitlera w Reichstagu z 22 czerwca 1941 roku, czyli w dniu ataku na Rosję: „Dziś nad naszą granicą stoi sto pięćdziesiąt rosyjskich dywizji. Od tygodni granica stale jest naruszana…Nadeszła obecnie godzina, gdy stało się konieczne przeciwstawienie się spiskowi żydowsko-anglosaskich podżegaczy wojennych i równie żydowskim poplecznikom bolszewickiej centrali w Moskwie.” Z pewnością przez długi czas całe to przemówienie traktowane było jako czysto propagandowe uzasadnienie napaści na "miłujący pokój ZSRR". Choćby dzięki Wiktorowi Suworowowi wiemy, że powyższy fragment nie był bynajmniej bezsensowny, w dniu 22 czerwca 1941 nad granicą niemiecką faktycznie stało grubo ponad 100 dywizji sowieckich (pytanie: w jakim celu?), zwłaszcza armia super-uderzeniowa na zachód od Odessy siłą bojową równoważna połowie Wehrmachtu, granica sowiecko-niemiecka faktycznie była naruszana, choćby przez samoloty zwiadowcze. Tymczasem, jak podają autorzy „Od własnej kuli…” w latach 80-ych i 90-ych odtajniono w USA wiele dokumentów dotyczących II Wojny Światowej i w ich świetle teza o spisku „anglosaskich podżegaczy wojennych” wcale nie odbiega od prawdy. Tak więc Hitler nie kłamał!

do spisu treści



[1] Program analizy i dekryptażu kilkudziesięciu tysięcy przechwyconych w czasie wojny radiogramów z ambasady sowieckiej w Waszyngtonie szyfrowanych za pomocą tzw. szyfrów jednorazowych. Dzięki temu zidentyfikowanych zostało wiele osób uprawiających szpiegostwo na rzecz ZSRR, łącznie z tzw. szpiegostwem atomowym (Projekt Manhattan). Uruchomił serię głośnych procesów na przełomie lat 40ych i 50ych, łącznie z procesem małżeństwa Rosenbergów. Do niedawna działania senatora McCarthy'ego uważano za "polowanie na czarownice", tymczasem nie była to żadna histeria.

Program został zamknięty dopiero za prezydentury Jimmy Cartera, zaś część materiałów zdeklasyfikowano dopiero w latach 80-ych XX w.

Do sukcesu programu przyczyniły się też a) zeznania niektórych „skruszonych”, b) ucieczka szyfranta z ambasady ZSRR w Ottawie, Igora Guzenki w1945 r., c) materiały uzyskane ze źródeł fińskich via Szwecja pod koniec wojny (fiński wywiad radiowy miał duże osiągnięcia w przechwytach i dekryptażu radiogramów sowieckich).

Dzięki tym informacjom natrafiono też na ślad działalności szpiegowskiej Burgessa i Macleane’a w Wielkiej Brytanii, pojawiły się też pierwsze podejrzenia wobec Philby’ego.

Japonia

Kraj Kwitnącej Wiśni, albo Wschodzącego Słońca, jeśli ktoś woli, do połowy XIX wieku tkwił w Średniowieczu. Szybko postępująca jednak industrializacja i modernizacja doprowadziła do tego, że już w wojnie 1904-5 roku Japonia pokonała i upokorzyła Rosję. W I Wojnie Światowej, sprzymierzona z Wielką Brytanią, wystąpiła po stronie Ententy i – korzystając z zaangażowania „wielkich tego świata" w Europie – zajęła posiadłości Niemiec na Dalekim Wschodzie i na Pacyfiku. Na konferencji w Wersalu weszła nawet w skład Wielkiej Piątki. Problemy zaczęły się jednak wkrótce potem. Powiedzmy otwarcie, pozostałe mocarstwa potraktowały Japonię „per noga” zmuszając ją nawet do ustąpienia z dawnych posiadłości Niemiec w Chinach. Co więcej, w USA została przyjęta ustawa odmawiająca Japończykom prawa do naturalizacji, co już było wyrazem jawnej dyskryminacji. Z drugiej strony, Japończycy ściśnięci na swoich wyspach dusili się z braku surowców, co utrudniało, jeśli wręcz nie uniemożliwiało rozwoju gospodarki. Trudno pochwalać ekspansję, ale też trudno się dziwić, że w tej sytuacji kraj ten coraz łakomiej spoglądał na Chiny ogarnięte niekończącą się wojną domową. Niepokój wywoływała także nasilająca się współpraca Czang kaj-szeka z Moskwą. Ale ekspansja Japonii w Chinach uderzała w polityczne i gospodarcze interesy Ameryki i stwarzała bezpośrednie już zagrożenie militarne dla posiadłości francuskich, brytyjskich i holenderskich, o czym była już mowa. Ponadto, istniały kwestie sporne z Rosją, zwłaszcza po okupacji Mandżurii (1932) i utworzeniu marionetkowego państwa Mandżukuo. „Zimna wojna” tląca się wzdłuż granicy sowiecko-japońskiej w każdej chwili mogła przerodzić się w „gorącą”. Raz po raz też dochodziło do incydentów japońsko-brytyjskich; w normalnej sytuacji każdy z nich z osobna wystarczyłby za pretekst do wojny. Tej Brytyjczycy chcieli jednak uniknąć, bo prowadzić jej bez pomocy Ameryki nie byliby w stanie. Z kolei Niemcy, nie mający żadnych interesów na Dalekim Wschodzie, zawarli z Japonią pakt antykominternowski, nominalnie był on reakcją na III Międzynarodówkę, faktycznie jednak mógł stanowić narzędzie nacisku, czy to na Rosję, czy na Francję, czy wreszcie Wielką Brytanię – zależnie od potrzeb Berlina. W czerwcu 1939 roku nastał tzw. kryzys w Tiencinie, o czym praktycznie niewiele wiadomo w Polsce, który wywołał kilkutygodniowe napięcie jeszcze bardziej komplikujące i tak już zagmatwaną sytuację. Wojna japońsko-brytyjska wisiała na włosku. Mniej więcej w tym samym czasie Roosevelt wypowiedział, na pół roku przed terminem, układ handlowy z Japonią, co zbiegło się w czasie z sukcesami militarnymi Sowietów na pograniczu Mandżurii. W efekcie Japończycy ustąpili, co doprowadziło Hitlera do wściekłości oraz do ochłodzenia stosunków japońsko-niemieckich i stało się bezpośrednią przyczyną usilnego zabiegania o zacieśnienie stosunków z Rosją. Nie ma potrzeby dodawać, że traktat Ribbentrop-Mołotow wywołał szok w Tokio łącznie z upadkiem rządu i przeorientowaniem polityki zagranicznej tego kraju.

Na podstawie tej, z jednej strony skrótowej, z drugiej – może przydługiej, charakterystyki widać wyraźnie, że Września 1939 roku nie można sprowadzać do konfliktu polsko-niemieckiego. O konflikcie polsko-niemieckim można mówić tylko w odniesieniu do pierwszych dwóch dni września 1939 roku i to w sensie czysto formalnym. Gdy 3 września wojnę Niemcom wypowiedziała Francja i Wielka Brytania, a w dniach następnych, kolejno, kraje Wspólnoty Brytyjskiej, był to już konflikt światowy. Jednakże, sam wybuch wojny był wynikiem skomplikowanych relacji i współzależności między głównymi graczami, z których jedni dążyli do zachowania pokoju, inni parli do wojny, a jeszcze inni (Japonia) już ją toczyli. Jak ktoś powiedział: "Do rozpętania wojny wystarczy zła wola jednej strony". Tymczasem, wszystko wskazuje na to, że tych podżegaczy było trzech: Niemcy, ZSRR i USA albo, jeśli ktoś woli, Hitler, Stalin i Roosevelt.

do spisu treści

Jaka była sytuacja Polski oraz stan jej przygotowań wojennych?

Rzut oka na ówczesną mapę Polski ujawnia, jak niekorzystny był układ granic w razie agresji ze strony Niemiec: brak naturalnych przeszkód, bo nawet Wisły nie można za taką uznać ze względu na przynależność Prus Wschodnich do Niemiec, bo stamtąd właśnie mogło wyjść (i w rzeczywistości wyszło) uderzenie na głębokie tyły polskie. Sytuacja jeszcze bardziej pogorszyła się w momencie, gdy Niemcy okupowali Czechy i Morawy oraz podporządkowali sobie Słowację. Nieco korzystniej wyglądała sytuacja na granicy wschodniej, z ZSRR. Wprawdzie tam też brakowało przeszkód naturalnych w postaci gór czy większych rzek, bo trudno za taką uważać np. Zbrucz, jednakże granica niemal prosta, biegnąca południkowo, uniemożliwiała, jak w przypadku agresji niemieckiej, oskrzydlenie z wyjściem na głębokie tyły polskie. Dodatkową okolicznością było to, że bagna Polesia zmuszałyby wojska sowieckie do działania na dwóch praktycznie odrębnych kierunkach, stwarzało to więc chyba jednak nieco większą szansę skutecznej obrony na wypadek agresji ze wschodu, tym bardziej, że w takim przypadku ośrodki decyzyjne, główne regiony przemysłowe oraz większe skupiska ludności, czyli zasoby mobilizacyjne, pozostawałyby na głębokim zapleczu. Dodajmy do tego i tę okoliczność, że z wyjątkiem dwóch krótkich odcinków granic: z Łotwą na północy i Rumunią na południu (zimą 1939 roku doszła jeszcze granica z Węgrami na odcinku słowackim, tzw. Rusi Zakarpackiej), na wszystkich granicach Polska miała sąsiadów, z którymi stosunki były, jeśli nie wręcz wrogie, to nieprzyjazne.

Wprawdzie traktat wersalski zmusił Niemcy do redukcji swoich sił zbrojnych do ledwie 100-tysięcznej Reichswehry, bez prawa posiadania floty, oprócz obrony wybrzeża, lotnictwa i wojsk pancernych, w związku, z czym aż do 1935 roku, kiedy Hitler przywrócił w Niemczech powszechną służbę wojskową, kraj ten nie stanowił bezpośredniego zagrożenia, tym niemniej Polska asekurowała się traktatem sojuszniczym z Francją zawartym jeszcze w 1921 roku. Oprócz tego Francuzi zawarli podobne traktaty również z innymi krajami regionu: z Rumunią, Czechosłowacją, Jugosławią. Mimo różnych meandrów polityki tak francuskiej, jak i polskiej, traktat ten istniał i w 1939 roku wydawał się być solidną podstawą współpracy sojuszniczej. Inna sprawa to ta, na ile szczerze sami Francuzi traktowali ten sojusz. Istnieją podstawy do przypuszczeń, że owe sojusze z nowymi państwami w Europie Wschodniej i Środkowej były traktowane dość instrumentalnie i tylko, jako ersatz dawnego sojuszu z Rosją carską. Dotyczyło to również i Polski, gdzie z jednej strony istniało stronnictwo jawnie pro-francuskie, z drugiej zaś np. marszałek Piłsudski był wprawdzie zwolennikiem sojuszu z Francją, miał jednak świadomość tego, że nie wolno dopuścić do zwasalizowania Polski. Trudno orzec, na ile poważną była próba nakłonienia Francji do wojny prewencyjnej z Niemcami, co miało miejsce wkrótce po dojściu Hitlera do władzy, w jakim stopniu tylko balonem próbnym intencji tego kraju, a w jakim chęcią stworzenia pretekstu przed sojusznikiem dla zawarcia paktu o nieagresji z Niemcami. Jest faktem, że pakt z 1934 roku zakończył okres poważnych napięć lat poprzednich z zachodnim sąsiadem wraz z wyniszczającą, w dobie kryzysu, wojną celną. Należy tutaj dodać, że w tamtym czasie pakt o nieagresji stanowił pewne novum w polityce międzynarodowej, jako reakcja na niepowodzenie prób rozstrzygania sporów w ujęciu multilateralnym, choćby na forum Ligi Narodów. Pakt o nieagresji stanowił po prostu dwustronną deklarację, czy też zobowiązanie, wyrzeczenia się siły w stosunkach między sygnatariuszami, w tym wyrzeczenia się np. przystępowania do sojuszy wymierzonych w drugą stronę. Istnieje wiele przekazów świadczących o tym, że marszałek Piłsudski miał świadomość tego, że żywot paktu z Niemcami nie będzie dłuższy niż kilka lat. Analogiczny pakt, z takich samych powodów został zawarty w 1932 roku z drugim wielkim sąsiadem, z ZSRR. W roku 1934 został przedłużony do 1945 roku i potwierdzony, o czym mało, kto pamięta, w listopadzie 1938 roku, gdy po napięciach polsko-radzieckich w związku, czy wokół, sprawy Zaolzia, doszło do pewnej poprawy we wzajemnych stosunkach. W tym miejscu należy zdecydowanie podkreślić, że zajęcie Zaolzia w tym momencie, w którym to nastąpiło, zdecydowanie było błędem, mimo wszelkich racji, które za tym stały.

            W związku ze stałym zagrożeniem sowieckim, czego polskie czynniki polityczne miały pełną świadomość, Polska zawarła traktat sojusznicy z Rumunią już 3 marca 1921. Oprócz tego, mimo różnych zwrotów w stosunkach tak polsko-francuskich, jak i polsko-rumuńskich, cały czas trwała współpraca wojskowa, zwłaszcza wywiadowcza z Francją, Rumunią, Łotwą, Estonią, Finlandią, a nawet Turcją i Japonią. Z tym ostatnim krajem utrzymała się nawet, mimo formalnego stanu wojny, aż do1945 roku. O tym zagadnieniu będzie jeszcze mowa.

Cieniem na rozbudowie i modernizacji sił zbrojnych kładła się jednak szczupłość środków, nieporównywalnych z zasobami Niemiec, a także wschodniego sąsiada. W związku ze stałym zagrożeniem ze strony tego ostatniego Polska musiała przez całe 20-lecie międzywojenne utrzymywać bardzo wysokie etaty sił zbrojnych na stopie pokojowej, bo ponad 300 tysięcy. To oznaczało, że główną część budżetu wojskowego stanowiły koszty osobowe, na zakup sprzętu, modernizację itp. pozostawało niewiele środków, tym bardziej, że stale rozbudowywane były fortyfikacje wzdłuż wschodniej granicy. Znamiennym ponadto jest fakt, że gdy Polska uzyskała w 1937 roku od Francji pokaźną pożyczkę na cele wojskowe, a konkretnie na modernizację armii, wkrótce okazało się, że nie za bardzo jest, co za nią kupić. (Identyczny problem miała w 1939 roku Finlandia, która przyspieszyła zbrojenia w związku z groźnymi pomrukami ze strony Moskwy). Już wcześniej został opracowany program modernizacji armii własnymi środkami, pod tym kątem zresztą rozbudowywany był Centralny Okręg Przemysłowy, ale na to potrzeba było czasu, czasu, którego, jak się okazało, nie było. Wielki kombinat metalurgiczny w Stalowej Woli, dla przykładu, ruszył dopiero w czerwcu 1939 roku. Znaczącym okazał się zakup licencji na produkcję działek przeciwpancernych i przeciwlotniczych u szwedzkiego Boforsa. Działka te, zarówno sprowadzone ze Szwecji, jak i wyprodukowane już w Polsce, w pełni okazały swą przydatność we wrześniu 1939. Żałować można tylko tego, że było ich stanowczo za mało.

            Najbardziej dotkliwymi były jednak braki w lotnictwie i wojskach pancernych, najnowocześniejszych dziedzinach uzbrojenia, które - jak się okazało - miały być decydujące dla przebiegu II Wojny Światowej. Podstawowym hamulcem rozwoju rodzimego lotnictwa, mimo wielu udanych konstrukcji, był brak silników lotniczych, których w Polsce nie miał, kto konstruować ani produkować, a żaden z zagranicznych dostawców nie chciał ich dostarczać. Krótko mówiąc, lansowana przez generała Rayskiego koncepcja rozwoju lotnictwa w oparciu o zasoby własne okazała się być zbyt ambitną i nie na możliwości tak ubogiego kraju, jakim była Polska. Koncepcja wcześniejsza, oparta na zakupach sprzętu zakończyła się tzw. aferą „Francopolu”; szefem departamentu lotnictwa w Ministerstwie Spraw Wojskowych był w tym czasie, tzn. przed zamachem majowym, generał Włodzimierz Zagórski. Równocześnie wchodził on w skład rady nadzorczej firmy „Francopol”, która, na zlecenie rządu, zakupiła ogromne ilości sprzętu lotniczego z francuskiego demobilu. Francuzi odetchnęli, bo opróżnili magazyny ze staroci, nie zmieniło to jednak w niczym faktu, że ów sprzęt lotniczy mógł uchodzić za nowoczesny w połowie lat 20-ych, ale parę lat później był już mocno przestarzały. W niczym nie mogło już pomóc to, że generał Zagórski został po przewrocie majowym aresztowany. Nie on jeden zresztą, za podobne nadużycia został usunięty z wojska gen. Żymierski, zaś generała Rozwadowskiego tylko poważna choroba i zgon uchroniły przed procesem.

            Niemcy wprawdzie do 1934 roku lotnictwa nie mieli, mieli za to ogromny przemysł i biura konstrukcyjne: Junkersa, Heinkla, Messerschmitta itd. i szybko nadrabiali zaległości.

W Polsce istniały plany budowy wojsk pancernych, jednakże na ich przeszkodzie, podobnie jak w przypadku lotnictwa, stanął kryzys gospodarczy, a potem po prostu zabrakło czasu…

            Na samym początku II RP Józef Piłsudski stwierdził, że nieszczęściem dla Polski byłaby sytuacja, gdyby któryś z wielkich sąsiadów miał być gwarantem naszej niepodległości. Stąd już prosta droga do doktryny "jednakowej odległości od Rosji i od Niemiec", co stanowiło przez całe 20-lecie dogmat polskiej polityki zagranicznej i co, lepiej lub gorzej, realizował nasz rząd i nasza dyplomacja. Istotnie, jeśli głębiej się nad tym zastanowić, zbliżenie z którymś z wielkich sąsiadów nieuchronnie prowadziło z jednej strony do stania się jego "klientem", z drugiej zaś - do konfliktu z tym drugim. W tym miejscu pojawia się, bynajmniej nie retoryczne, pytanie: "Ile razy w naszych dziejach Polska traciła suwerenność na rzecz Rosji-sojusznika?".

do spisu treści

Ostatnie miesiące i tygodnie pokoju

 

            Już wtedy, a także teraz pojawiają się głosy, że trzeba było przyjąć w 1939 roku propozycje Hitlera włączenia Gdańska do Rzeszy, budowy eksterytorialnej autostrady i przystąpienia do paktu antykominternowskiego. Być może nawet Hitler traktował te propozycje poważnie i uważał swoje warunki za umiarkowane. Jednakże rząd polski nie mógł tego przyjąć, gdyż oznaczałoby to wywrócenie do góry nogami całej dotychczasowej polityki, a przede wszystkich zasad, na których się ona opierała. Dalsze dywagacje, typu "co by było, gdyby było", nie mają sensu, gdyż są po prostu niesprawdzalne. Jest natomiast faktem, że tak minister Beck, jak i rząd polski znalazł się w bardzo trudnej sytuacji, gdy te warunki Hitlera zostały upublicznione w marcu 1939 roku. Ostatecznie rząd polski nie miał innego wyjścia i propozycje odrzucił. Od tego momentu bieg wydarzeń nabrał tempa. W Polsce zapomina się jednak o tym, że okupacja resztek Czechosłowacji i zajęcie Kłajpedy były ostatnimi sukcesami pokojowymi Hitlera. Oznaczały także koniec brytyjskiej polityki appeasementu. Leszek Moczulski w „Wojnie polskiej” przypomina wystąpienie Neville’a Chamberlaina, który nie był bynajmniej nieudacznikiem, za jakiego niektórzy go uważają, z 17 marca 1939 w Birmingham, w którym zapowiedział, że Wielka Brytania przeciwstawi się działaniom Hitlera. Równocześnie został ogłoszony olbrzymi program zbrojeń; warto w tym miejscu przypomnieć, że już poprzednio dynamika zbrojeń brytyjskich i francuskich znacznie przewyższała niemiecką. Miało to trzy skutki: po pierwsze, na polu dyplomatycznym Hitler zaczął wyraźnie przegrywać, skończyły się jego sukcesy tanim kosztem, nie udało mu się np. podporządkowanie sobie Rumunii, aż latem 1939 roku znalazł się w impasie. Po drugie, zdał sobie sprawę, że wprawdzie Niemcy nie są jeszcze przygotowane do wojny, bowiem gotowość miały osiągnąć w roku 1942-3, ale czas bynajmniej nie gra na ich korzyść. Zaczął się spieszyć. I po trzecie, zdecydował o tym, że należy zmienić kolejność: najpierw rozprawa z Polską, dopiero potem z Francją. Wiele wskazuje na to, że początkowo dążył właśnie do rozprawy z Francją, przedtem jednak chciał zabezpieczyć się na wschodzie, stąd szczodra, w jego mniemaniu, oferta pod adresem Polski: gwarancja granic w zamian za drobne ustępstwa. Tymczasem gwarancje brytyjskie dla Polski pokrzyżowały mu plany; przypomnijmy także i to, że Hitler w ogóle nie życzył sobie konfliktu w Wielką Brytanią. Dlatego Hitler wydał dyrektywę do opracowania planu „Fall Weiss”, agresji na Polskę. Wspomniany kryzys tienciński zdawał się sprzyjać planom Hitlera, gdyż wiązałby siły brytyjskie daleko poza Europą i odwracał uwagę rządu w Londynie. Gdy mimo wszystko kryzys został zażegnany, Hitler znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Ściśle mówiąc, znalazłby się, gdyby nie pomocna ręka Stalina, który już od wielu miesięcy wysyłał czytelne sygnały do Berlina; sygnałem ostrzegawczym dla świata winien był być fakt objęcia przez Mołotowa, obok stanowiska przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych, również stanowiska Ludowego Komisarza Spraw Zagranicznych. Jego poprzednik, Maksim Litwinow, był zwolennikiem porozumienia z Zachodem, ale równocześnie był Żydem, więc już choćby z tego powodu nie mógł pertraktować z Hitlerem. Ta zmiana musiała dać zagranicy wiele do myślenia. Zachód, tzn. Wielka Brytania i Francja, próbował jeszcze grać „kartą radziecką” z Hitlerem, podobnie jak wcześniej pułkownik Beck (stąd pewne ocieplenie w stosunkach polsko-sowieckich, czego wyrazem było potwierdzenie paktu o nieagresji w listopadzie 1938 roku, mianowanie nowego ambasadora w Warszawie po wielomiesięcznej przerwie, zawarcie układu handlowego w styczniu 1939 roku, wreszcie wizyta wiceministra Potiomkina w Warszawie, w maju). Dziś już wiemy, że te zabiegi były bezcelowe, bowiem Stalin podjął inne decyzje; można za to odnieść wrażenie, że to on właśnie grał „kartą zachodnią” w rozgrywce z Hitlerem, aby go skłonić do zawarcia traktatu znanego dzisiaj, jako pakt Ribbentrop-Mołotow. Jest też inna możliwość, mianowicie taka, że próbował uzyskania od Zachodu tych korzyści, na które zgodził się Hitler.W tym kontekście nie można uznać samego paktu sowiecko-niemieckiego za bezpośrednią przyczynę wojny, tym niemniej rozwiązał on Hitlerowi ręce i dlatego Stalina można zaliczyć do „podpalaczy”. Dodajmy jeszcze i to, że decyzje o utworzeniu wielu dywizji sowieckich noszą datę 19 sierpnia 1939, to z kolei oznacza, że około tego dnia w Moskwie zapadły strategiczne decyzje. Dziwnym trafem w dniu 1 września 1939 roku, gdy od kilku-kilkunastu godzin trwała już wojna, w Moskwie zebrała się Rada Najwyższa, której zwołanie musiało nastąpić 2-3 tygodnie wcześniej. Najważniejszą decyzją Rady było uchwalenie obowiązkowej, dwuletniej służby wojskowej, czego wcześniej nie było, jako że Armia Czerwona pochodziła z zaciągu ochotniczego. Równocześnie obniżony został wiek poborowy z 21 na 18 lat. Dlatego pod sztandary powołane zostały, na 2 lata, od razu trzy roczniki oraz wielu starszych rekrutów, którzy dotąd nie podlegali obowiązkowi służby wojskowej. Ponieważ taki przypadek miał charakter jednorazowy, nie do powtórzenia, w tym momencie musiało być jasne, że Związek Sowiecki ukończył już skrytą mobilizację, a po dwóch latach te trzy roczniki będą musiały być zwolnione „do cywila” chyba, że … wybuchnie wojna. Wniosek jest prosty: otwarte wystąpienie zbrojne ZSRR nastąpi przed upływem dwóch lat. Pamiętamy, bowiem tezę marszałka Szaposznikowa: „Mobilizacja znaczy wojna!”. Koniecznie trzeba też dodać, że Stalin zawierając pakt z Hitlerem naruszył postanowienia paktu o nieagresji z Polską, który jeszcze niedawno, bo w listopadzie 1938 został potwierdzony. Wydarzenia zadają też kłam tezie głoszonej w Rosji po dzień dzisiejszy, że ZSRR, wobec wiarołomnej postawy Zachodu, nie miał innego wyjścia, jak zawrzeć traktat z Niemcami, aby wygrać na czasie w obliczu nieuchronnej wojny z nimi. Jest to jawna bzdura, jeśli zważyć choćby okoliczność, że Niemcy od ZSRR oddzielała strefa państw buforowych; jeśli Stalin rzeczywiście obawiał się wojny z Niemcami, nie powinien był przykładać ręki do demontażu tej strefy, a wręcz przeciwnie - przeciwdziałać temu. Tymczasem, po zajęciu połowy Polski, rozpętał wojnę z Finlandią, podporządkował sobie kraje bałtyckie, które potem jawnie włączył do ZSRR, wreszcie wymusił na Rumunii cesję Besarabii i Bukowiny Północnej. Wreszcie nie od rzeczy jest i inny argument, mianowicie w wydanej w latach 60-ych XX w. przez Akademię Nauk ZSRR „Historii powszechnej”, której polskie tłumaczenie ukazało się wkrótce potem, znalazł się i taki zarzut, że oto w latach 1939-41 zostały zdemontowane umocnienia na dawnej granicy zachodniej ZSRR, zaś na nowej w ogóle nie powstały. Jak, zatem, ZSRR szykował się do "nieuchronnej wojny obronnej" z Hitlerem? I jeszcze jeden argument świadczący o złej woli Stalina: gdyby tak bardzo zależało mu na przedłużeniu pokoju, to wystarczyłoby, gdyby sierpniowe rokowania z Niemcami, pod byle pretekstem, przeciągnął o parę tygodni. Wtedy Hitler nie mógłby uderzyć na Polskę w 1939 roku z oczywistych względów – pogodowych, a Stalin „za darmo” zyskałby rok czasu. Ale nie, Stalin wiedział, co robi, Hitlerowi pakt był potrzebny już, zaraz! I tow. Koba poszedł mu na rękę. Inna rzecz, że z punktu widzenia Hitlera ów pakt był poważnym błędem strategicznym: w zamian za doraźne korzyści, choćby w postaci dostaw surowców, wyraził zgodę na „demontaż” strefy buforowej między Niemcami i ZSRR, czyli nie odczytał prawidłowo intencji swojego nowego "sojusznika". W tym kontekście późniejsza o 2 lata agresja przeciwko ZSRR może być uważana za spóźnioną i rozpaczliwą próbę naprawy błędu popełnionego latem 1939 roku.

Dlaczego więc Hitler rozpoczął wojnę we wrześniu 1939 roku?

Bo miał rozwiązane ręce na wschodzie, tzn. tak mu się wydawało, nie miał czasu, bo tempo zbrojeń w Wielkiej Brytanii i Francji przewyższało niemieckie, a lada moment miały nastać jesienne słoty i jego pojazdy utknęłyby w polskich błotach, zaś samolotom stanąłby na przeszkodzie niski pułap chmur. O tym wszakże, jak Niemcy były przygotowane do wojny, świadczy raport szefa służb uzbrojenia Wehrmachtu z 12-13 września 1939, w którym alarmował o krytycznie niskich zapasach paliwa, amunicji, zwłaszcza artyleryjskiej oraz bomb lotniczych. Dla porównania, Polska miała zapasy paliwa i amunicji na 6 miesięcy wojny. Zapasy paliwa zdobyte w Polsce posłużyły Niemcom i w Norwegii, i we Francji w roku następnym. Przy okazji, o stanie sił zbrojnych Wielkiej Brytanii i Francji świadczą wydarzenia, które miały miejsce parę miesięcy później; pisze o tym P. R. Osborn "Brytyjskie plany ataku na ZSRR 1939-41". Bardzo ambitny plan (nawiasem mówiąc, pomysł francuski) zbombardowania pól naftowych Baku, rafinerii, przepompowni, rurociągów itd., dzięki czemu za jednym pociągnięciem stanęłaby machina wojenna tak Niemiec, jak i ZSRR, spełzł na niczym z braku odpowiedniej ilości bombowców dalekiego zasięgu, to raz, oraz innego sprzętu, którego domagała się Turcja w zamian za zgodę na zawarcie sojuszu, to dwa. Z tych samych powodów nie doszła do skutku interwencja w Finlandii, bo tymczasem zawarty został pokój, zaś interwencja w Norwegii była spóźniona i dlatego skończyła się niepowodzeniem. Warto również przypomnieć, że w tym samym czasie do Niemiec trafiały, via ZSRR, dostawy, również ropy, z USA, o co Brytyjczycy mieli pretensje do Roosevelta.

do spisu treści

Wrzesień 1939 roku

Jak wiadomo, o świcie 1 września zaczęła się niemiecka agresja na Polskę. Nie jest moim celem szczegółowe przedstawienie przebiegu kampanii, inni zrobili to (lub zrobią) znacznie lepiej. Tym niemniej, mam pewne refleksje na ten temat.

Wielu komentatorów, czy też kontestatorów, wyrażało się krytycznie o planie obrony przyjętym przez marszałka Rydza-Śmigłego w 1939 roku, że „chciał bronić za dużo”. Inaczej mówiąc, chodzi o pozycje wyjściowe wojsk polskich wzdłuż granicy zachodniej, południowej i północnej, pozycje kordonowe, zamiast oparcia o naturalne przeszkody, jak choćby większe rzeki z pozostawieniem jedynie sił osłonowych w zachodniej części kraju. Rację ma jednak w tym miejscu i Leszek Moczulski („Wojna polska”) i prof. Paweł Wieczorkiewicz (http://www.3989.pl/pl,d131,miedzy_dwoma_wrogami.html), że takie rozstawienie sześciu armii polskich było koniecznością tak polityczną, jak gospodarczą i mobilizacyjną. Współbrzmi z tym opinia niewątpliwego autorytetu (cytuję za powyższym artykułem prof. Wieczorkiewicza), generała Louisa Faury, szefa francuskiej misji wojskowej w Warszawie: „radzę spróbować rozwiązać problem natury strategicznej, wynikły z dysproporcji sił oraz środków, a zarazem położenia kraju szeroko otwartego, gdzie rozległość granic i ich zarys ułatwiały oskrzydlenie”. Za takim rozwiązaniem przemawiały względy polityczne; oto można sobie wyobrazić, że pozostawiona praktycznie bez osłony zachodnia część Polski zostaje zajęta przez Wehrmacht, po czym Hitler, zanim jeszcze zareaguje Francja i Wielka Brytania, ogłosi koniec kampanii, czyli realizację swoich celów wojennych. Co wtedy? Zapewne udałoby mu się jakieś „zaklajstrowanie” sprawy z Zachodem… Strona polska, to znaczy i wódz naczelny, i rząd, i prezydent, zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że samodzielnie nie zdoła dłużej przeciwstawić się Niemcom, wszystko zależy od wystąpienia aliantów. Zdawała sobie jednak także sprawę z tego, że i we Francji, i w Wielkiej Brytanii wielu było może nie tyle zwolenników Hitlera, co orędowników skierowania jego agresji na wschód; im upadek Polski nie wadził. Przykładem takiej wpływowej osobistości był sędziwy wprawdzie Lloyd George, którego opinia jednak wciąż znajdowała posłuch, a którego nieprzychylność Polsce była znana od lat. W Polsce wielu komentatorów zapomina także o jeszcze jednej, niezwykle istotnej okoliczności, chodzi o względy prawno-międzynarodowe. Otóż w związku z wojną prawo międzynarodowe przewidywało dwa warianty: zwykła agresja (jak w przypadku podboju Albanii przez Włochy w kwietniu 1939) i wojnę koalicyjną. W tym pierwszym przypadku całkowita okupacja kraju będącego stroną wojny przez drugą stronę kończyła się zwykle kapitulacją, co oznaczało koniec podmiotowości na gruncie prawa międzynarodowego. Inaczej z wojną koalicyjną, w takim przypadku częściowa lub nawet całkowita okupacja terytorium kraju (np. Polski) nie oznaczała końca podmiotowości (rzecz jasna, o ile siły zbrojne tego kraju nie skapitulowały). Rząd mógł, na zasadzie tzw. „precedensu belgijskiego” z I Wojny Światowej, przenieść swoją siedzibę na terytorium państwa sprzymierzonego, co faktycznie miało miejsce. Dlatego sam fakt wypowiedzenia wojny Niemcom przez Anglię i Francję w dniu 3 września 1939 roku miał istotne znaczenie dla Polski, gdyż w tym momencie wojna przestała być izolowanym konfliktem, do czego dążył Hitler, a stała się właśnie wojną koalicyjną. Gdyby tak się nie stało, wówczas byt Polski skończyłby się już w 1939 roku. Dlaczego nasi sojusznicy, Anglia i Francja, nie wystąpili zbrojnie w 1939 roku, mimo przyjętych zobowiązań? Sprawa nie jest taka prosta, jak przedstawiała ją przez lata propaganda komunistyczna, ani jak mniema wielu Polaków. Jak już wspomniałem wcześniej, ani Francja, ani Wielka Brytania nie były przygotowane do wojny. Po drugie, i nad Sekwaną, i nad Tamizą zdawano sobie doskonale sprawę z tego, że Stalin o niczym innym nie marzy, jak o rozpętaniu konfliktu na dużą skalę między Zachodem i Niemcami. On po prostu na wszelkie sposoby do tego dążył; ze skali zbrojeń sowieckich i stanu sił zbrojnych tego kraju nasi sojusznicy znakomicie zdawali sobie sprawę. Argument o czystkach w armii sowieckiej w latach 1937-8, które miały być przyczyną nieprzygotowania ZSRR do wojny, nie wytrzymuje krytyki. Ani nie jest, bowiem prawdą, że Stalin kazał rozstrzelać 42 tysiące spośród kadry oficerskiej (argument wyciągnięty „z kapelusza” przez propagandę sowiecką w czasach Chruszczowa), ani nie jest prawdą, że zdolność bojowa RKKA ucierpiała na tym, że przed plutony egzekucyjne trafili osobnicy pokroju Dybienki, Jakira, Korka, Uborewicza, Blüchera, czy nawet samego Tuchaczewskiego; gdzież są ich sukcesy bojowe? Może w tłumieniu buntu marynarzy w Kronsztadzie albo chłopów w guberni tambowskiej? A przecież ich miejsce zajęli wkrótce tacy fachowcy, jak wspominany już marszałek Szaposznikow, Czujkow, Malinowski, Rotmistrow, że nie wspomnę Wasilewskiego i całej plejady innych. Owszem, pozostał Woroszyłow – pupilek Stalina, oraz Budionny, który żadnej roli w II Wojnie Światowej nie odegrał.

do spisu treści

            Wracając jednak do kampanii wrześniowej stwierdzić należy, że pakt Ribbentrop-Mołotow, a zwłaszcza jego tajne klauzule, o których Anglicy, Francuzi, a także Amerykanie wiedzieli, w sposób istotny zmieniły sytuację. Przywódcy tych krajów nie mogli nie zadać sobie pytania: jak zachowa się ZSRR w razie, gdy uderzymy na Niemcy? Tym większe uznanie dla Brytyjczyków, że mimo tamtego paktu, mimo wiedzy o tajnych protokołach zdecydowali się zawrzeć traktat sojuszniczy z Polską 25 sierpnia 1939 roku. Może w związku z tym paść pytanie: no dobrze, skoro tak, to dlaczego jednak zdecydowali się wypowiedzieć Niemcom wojnę? Sądzę, że po prostu nie mieli innego wyjścia, a powodów było kilka: przede wszystkim i Francuzi, i Brytyjczycy byli gwarantami porządku wersalskiego, który – poprzednio mocno nadwerężony – teraz legł w gruzach. Po drugie, kwestia wiarygodności wobec innych państw regionu, np. Rumunii czy Jugosławii. Po trzecie, o czym się zapomina, naciski amerykańskie, wreszcie po czwarte, świadomość tego, że w nowej sytuacji, w związku z paktem sowiecko-niemieckim, upadek Polski jest przesądzony, jednakże jej los zależy nie od wyniku pojedynczej kampanii, lecz od wyniku wojny. Należało jedynie ratować to, co się da, czyli ciągłość państwowości polskiej, którą można było obronić tylko w wojnie koalicyjnej (patrz wyżej, fragment o względach prawno-międzynarodowych). I w tym względzie sojusznicy zrobili to, co należało. Dlaczego w takim razie, mimo wypowiedzenia wojny, Francuzi i Anglicy nie uderzyli? Mniej więcej z tych samych powodów, co wyżej: po pierwsze, nie byli do wojny przygotowani, o czym była już mowa, po drugie, zdawali sobie sprawę, że zbrojne zaangażowanie się przeciwko Niemcom „wpisywałby się” tylko w scenariusz nakreślony w Moskwie, po trzecie, uznali – słusznie lub nie, że na danym etapie i tak niewiele pomoże to Polsce. O ostatecznych decyzjach podjętych w Abbeville 12 września 1939 roku rząd polski wiedział i sprzeciwu nie wyraził. Dodajmy tu jeszcze i to, że lądowe siły brytyjskie liczyły wtedy ok. 5-6 dywizji, powszechna służba wojskowa została dopiero wprowadzona, tak więc Brytyjczycy w tym względzie całkowicie zdani byli Francuzów, którzy – zgodnie z doktryną z I Wojny Światowej – powoli rozwijali swoje siły zbrojne. Ofensywa lotnicza Brytyjczyków na tym etapie niewiele mogła pomóc, mogła ewentualnie odciągnąć część Luftwaffe znad Polski.

Tymczasem, wbrew stanowisku francuskich sztabowców nowa wojna miała stanowić zupełnie nową jakość; oto pomijając pierwsze trzy dni bitwy granicznej, które w jakimś stopniu przypominały działania pozycyjne z poprzedniej wojny, w dalszym ciągu kampanii rozstrzygać miał manewr. To zaś ujawniło szereg niedostatków wojska polskiego, przede wszystkim niedostateczną i rwącą się łączność, niedostatki systemu dowodzenia, nadmiernie poza tym scentralizowanego. Już 6 września Wódz Naczelny, marszałek Rydz-Śmigły praktycznie utracił kontrolę nad całością sił, wskutek czego każdy z dowódców armii praktycznie toczył swoją „własną wojnę”. Problemy nie ominęły i Wehrmachtu, na co zwrócił uwagę Leszek Moczulski w „Wojnie polskiej”: przemieszanie wojsk, gwałtownie zmieniająca się sytuacja na polach walki, problemy z koordynacją działań itp. wystąpiły też po stronie niemieckiej. Problem jednak w tym, że Niemcy mogli pozwolić sobie na większy margines błędu. Niezwykła, jak na tę porę roku, pogoda dodatkowo sprzyjała Niemcom, w efekcie tego, jak słusznie zauważył prof. Paweł Wieczorkiewicz (http://www.3989.pl/pl,d131,miedzy_dwoma_wrogami.html), doszło do takiej sytuacji, że „W ten sposób wojna przeistoczyła się w swoisty wyścig między motorami niemieckich tanków a nogami polskich piechurów, których marsz utrudniała dodatkowo Luftwaffe. Jej terrorystyczne naloty nie tylko dezorganizowały komunikację, ale też siały panikę wśród ludności cywilnej uciekającej w popłochu i blokującej wojsku drogi.” W tym miejscu warto byłoby skomentować niemiłosiernie eksploatowany przez propagandę komunistyczną, a wywodzący się w prostej linii od Goebbelsa argument o nadmiernej ilości kawalerii „szarżującej na czołgi niemieckie”. Otóż po pierwsze, dziś już wiemy, że żadnych szarż na czołgi nie było, wymyśliła to propaganda niemiecka, po drugie, koń w kawalerii był tylko środkiem transportu, kawalerzyści walczyli pieszo i swoimi działkami przeciwpancernymi nieźle dali się we znaki również niemieckim czołgom. Po czwarte, wbrew stereotypom, w armii niemieckiej również koń był podstawową siłą pociągową. Niemieckie czołgi i samochody pancerne efektownie wyglądały na defiladach, na polskich bezdrożach było dużo gorzej, poza tym aż tak dużo ich nie było, jak się przedstawia. Wreszcie, brygad kawalerii było dwanaście, każda z nich siłą bojową odpowiadała, mniej więcej, „wzmocnionemu pułkowi” piechoty, A dywizji piechoty było około 40! Zaryzykowałbym, więc, twierdzenie, że – z uwagi na manewrowy charakter działań – kawalerii polskiej było nie za dużo, lecz za mało!

            Poprzeczka wymagań stawianych przez okoliczności poszczególnym dowódcom została, jak wynika z powyższych uwag, umieszczona niezwykle wysoko. Nie od rzeczy jest, więc, pytanie o jakość dowodzenia w wojsku polskim, zwłaszcza na wyższych szczeblach. I tu, niestety, ocena jest wielce negatywna, przy czym wyjątkowo "nie popisali się" wyżsi dowódcy o rodowodzie legionowym (widocznie dały o sobie znać braki w wyszkoleniu sztabowym i w dowodzeniu wyniesione choćby z armii zaborczych). Do chlubnych wyjątków należeli generałowie: Kleeberg (mimo poważnej choroby wyniesionej z okopów poprzedniej wojny), Orlik-Rückemann; pułkownik Maczek. Spośród wyższych oficerów wywodzących się z dawnych armii zaborczych nie zawiedli: generał Szylling, dowódca Armii „Kraków”, generał Thommee, dowódca GO „Piotrków”, a potem twierdzy Modlin, wiceadmirał Unrug, dowódca obrony wybrzeża, generał Kutrzeba, dowódca Armii „Poznań”, generał Czuma, faktyczny dowódca obrony Warszawy. Na przeciwstawnym biegunie należy umieścić przede wszystkim generała Dąb-Biernackiego, może i niezłego w dowodzeniu batalionem, ale kompletnie nieudolnego w dowodzeniu armią; jedyna odwodowa Armia „Prusy”, przez niego dowodzona, przestała praktycznie istnieć po 2 dniach. Jakby nie dość tego było, został mianowany przez Naczelnego Wodza dowódcą Frontu Północnego, rozbitego przez Niemców pod Tomaszowem Lubelskim, przy czym dowódca, w cywilnym ubraniu, uciekł, co jest równoznaczne z dezercją z pola walki. Zawiódł kompletnie generał Fabrycy, dowódca Armii „Karpaty”, generał Rómmel porzucił dowodzoną przez siebie Armię „Łódź” i uciekł do Warszawy, został nominalnym dowódcą jej obrony, w czym więcej przeszkadzał, niż pomagał. Odegrał przy tym niezbyt jasną rolę polityczną zahaczającą o zdradę. Generał Anders, dowódca Nowogródzkiej Brygady Kawalerii, wykazał się wybitnym kunktatorstwem: niby był tam, gdzie należało, ale zdawał się unikać angażowania w walkę. Generał Bortnowski, dowódca Armii „Pomorze”, swoim defetyzmem w znacznej mierze przyczynił się do klęski w bitwie nad Bzurą, wreszcie gen. Bończa-Uzdowski, o którym nawet generał Rómmel stwierdził, że „do wojska nie nadaje się”. Może należałoby żałować, że przedwcześnie w stan spoczynku został przeniesiony generał Berbecki, ani że nie został przyjęty do służby we wrześniu 1939 roku, mimo że się do niej zgłosił? Zapewne osiągnąłby lepsze rezultaty niż wspomniany generał Dąb-Biernacki…

            Jeśli dokładniej prześledzić, dzień po dniu, przebieg kampanii wrześniowej, można odnieść wrażenie, że wielu dowódców: pułków, brygad i dywizji, działało tak, by jak najszybciej znaleźć się za granicą. Przykładami mogą być płk Dojan-Surówka, płk Paszkiewicz, płk Oziewicz, aby poprzestać tylko na kilku. Jako, że zły przykład szedł z góry, nic dziwnego, że źle dowodzone jednostki szły w rozsypkę, jak choćby Wileńska Brygada Kawalerii płk Ksawerego Druckiego-Lubeckiego, lub ulegały demoralizacji, jak jednostki Armii „Prusy” czy „Łódź”, po tym, jak opuścił je dowódca tzn. gen. Rómmel. Tym ostatnim oddziałom trzeba było dopiero twardej ręki gen. Thommee, aby przywrócić ład i sprawić, że twierdza Modlin skapitulowała dopiero po kapitulacji Warszawy.

            Gdy kolejne koncepcje obrony okazywały się być nieaktualne, marszałek Rydz nakazał koncentrację oddziałów na tzw. „przedmościu rumuńskim", aby tam, w oparciu o granicę rumuńską, wytrzymać do wiosny. Tymczasem, 17 września 1939 roku, jak wiadomo, wojska sowieckie wkroczyły do Polski. W nocy 17/18 września Prezydent RP, rząd oraz wódz naczelny ewakuowali się do Rumunii, gdzie zostali internowani, zaś w Paryżu powstał rząd emigracyjny generała Sikorskiego powołany przez Prezydenta Raczkiewicza.

do spisu treści

            Od kilkudziesięciu lat toczą się spory o to, czy:

- koncepcja „przedmościa rumuńskiego” w ogóle miała szanse powodzenia?

- najwyższe czynniki w państwie przewidziały inwazję sowiecką?

- Prezydent i rząd nie ewakuowały się przedwcześnie?

- słusznym jest, że ewakuował się również wódz naczelny, marszałek Rydz-Śmigły, „porzucając walczące jeszcze oddziały na pastwę losu”?

            Odpowiedź na pytanie pierwsze jest praktycznie niemożliwa, gdyż to, czy szanse takie istniały, jest  niesprawdzalne. Warto jednak pamiętać o tym, że przy dokładnym prześledzeniu działań poprzedzających 17 września 1939 wychodzi na jaw to, że napór niemiecki słabł, zaś polski opór tężał. Owszem, toczyły się ciężkie walki w rejonie Lwowa, co bezpośrednio zagrażało koncepcji przedmościa, jednak w centrum kraju wojska niemieckie od mniej więcej 10 września stały na rubieży Wisły, pod Lublin podeszły dopiero 16 września. Na terenach wschodnich Polski znajdowały się jeszcze liczne oddziały, nie licząc KOP, łącznie ok. 200-300 tysięcy żołnierzy z zapasami materiału wojennego, które Marszałek zamierzał skupić na „przedmościu”. Nie wszystkie jednak zamierzenia zostały wykonane ze względu na wejście Sowietów.

            Jeśli chodzi o pytanie drugie, o to, czy Prezydent, rząd i marszałek Rydz wiedzieli o mającym nastąpić wkroczeniu wojsk sowieckich, co wynikało z paktu Ribbentrop-Mołotow, odpowiedź jest i łatwa, i trudna. Łatwa, bo oficjalnie władze polskie nic o tym nie wiedziały, natomiast trudna, bo wiele jest poszlak wskazujących na to, że jednak było inaczej. Inna rzecz, to taka, czy wiedza ta cokolwiek zmieniała; inaczej mówiąc, nawet wiedząc o tym, niewiele można było zdziałać. Dziś już wiadomo, że inwazja sowiecka początkowo miała nastąpić 11 września, o czym już 9 września został powiadomiony ambasador niemiecki w Moskwie, hrabia Schulenburg. 10 września o zagrożeniu sowieckim raportował z Moskwy attache wojskowy płk Brzeszczański (wg. Bogdan Konstantynowicz „Kampania wrześniowa 1939 na Wileńszczyźnie; http://bkonstantynowicz.republika.pl/). W tym samym dniu (czyżby przypadek?) Sztab Naczelnego Wodza opracował nową koncepcję obrony Małopolski Wschodniej; jak można było, wedle logiki, oczekiwać, w pierwszej kolejności Sowieci zajęliby tzw. „korytarz wileński”. W tym samym dniu Mołotow odwołał swoją informację z dnia poprzedniego podając nową datę: 16 września (pamiętajmy o tym, że do tego czasu trwały na pograniczu Mongolii działania zbrojne sowiecko-japońskie; porozumienie zostało zawarte dopiero 15 września). Z kolei Marszałek 14 września wydał rozkaz ewakuacji wszystkich wojsk na „przedmoście rumuńskie”; inaczej mówiąc, „korytarz wileński” miał być „oczyszczony” z wojska (już 12-ego we Lwowie walczy 2 pp „grodzieński”). W dalszym ciągu Sowieci informowali sojusznika o przyspieszeniu wejścia do akcji, co miało nastąpić 15 września, efekt? Rezygnacja przez marszałka Rydza (14.09) z obrony szerokiego przedpola Małopolski Wschodniej. Dalej, już w nocy 12/13 września z Sarn ruszają liczne pociągi ewakuacyjne na południe. Około 16 września stało się już widoczne, że Niemcom brakuje sił, aby dalej ścigać wycofujące się oddziały polskie. W dniu 16 września Wódz Naczelny podjął kilka decyzji: a) połączenie ekspozytury MSZ w Bukareszcie z K-7, o czym okólnik został wysłany z Kut, b) zakonspirowanie w rękach płk dypl. Tadeusza Schaetzla, mjr Edmunda Galinata i Wiktora Tomir-Drymmera organizacji dywersyjnych i wywiadowczych „Grunwald” i „K-7”, ponadto Galinat otrzymał rozkaz utworzenia POW wewnątrz kraju. I jeszcze rzecz znamienna: 16 września szpitale w Zaleszczykach otrzymują rozkaz powrotu znad granicy rumuńskiej do Trembowli lub Tarnopola. To są dowody pośrednie tego, że władze polskie jednak coś-niecoś wiedziały. Są jednak pewne poszlaki wskazujące na to, że mogły wiele wiedzieć. Dziś już wiadomo, że nie tylko Anglicy, Francuzi i Amerykanie znali treść porozumień niemiecko-sowieckich. Najpóźniej 28 sierpnia znał je estoński sztab generalny. Kiedy Sowieci latem następnego roku zaanektowali kraje bałtyckie, prowadzili w tej sprawie dochodzenie na okoliczność „przecieku”. W przeddzień okupacji sowieckiej 17 czerwca 1940 roku szef wywiadu estońskiego, płk Richard Maasing, wraz z grupą kilkunastu oficerów wywiadu, zdołał zbiec do Finlandii. Podjęli współpracę w wywiadem fińskim, która trwała aż do 1944 roku, kiedy to, po zawarciu rozejmu z ZSRR, wraz z fińskimi kolegami i bogatymi archiwami zostali przetransferowani do Szwecji, w czym pomógł im… rezydent wywiadu japońskiego w Sztokholmie, generał Makoto Onodera (blisko z nim współpracował mjr Michał Rybikowski, rezydent wywiadu polskiego w Skandynawii posiadający, dzięki tej znajomości, paszport dyplomatyczny Mandżukuo). Wróćmy jednak do roku 1940; jeden ze współpracowników płk Maasinga wpadł w ręce NKWD, gdzie został poddany „intensywnej obróbce”. Miał on wyjawić, że informacje na temat paktu uzyskano ze źródeł agenturalnych; dodajmy, że wywiad estoński działał dość sprawnie, przede wszystkim w Leningradzkim Okręgu Wojskowym oraz w Moskwie. Zeznania były więc prawdopodobne. Jest jednak i inne wytłumaczenie sposobu, w jaki Estończycy weszli w posiadanie tych informacji. Mieli własny system przechwytywania radiogramów sowieckich oraz ich dekryptażu, nie wiadomo jednak, na ile skuteczny. Natomiast wiadomo ze źródeł fińskich (http://hkkk.fi/~yrjola/war/finland/intel/), że mieli taki system Finowie, ba, łamali nawet tzw. szyfry jednorazowe, kodowane w grupach 2-, 3- i 4-cyfrowych, stosowanych, odpowiednio, do celów ćwiczebnych oraz na niskich szczeblach armii i NKWD, w NKWD na szczeblach batalionów i pułków, na szczeblu dywizji. Kodów 5-ych nie złamano. Warto tu dodać, że w tym zakresie Finowie blisko współpracowali z Japończykami, dzięki czemu możliwy był przechwyt radiogramów na Dalekim Wschodzie, między Chabarowskiem i Władywostokiem. Wiadomo skądinąd, że współpraca wywiadowcza między Polską i Finlandią miała miejsce, podobnie jak między Polską i Japonią. Istnieją też inne możliwe źródła: własne źródła agenturalne, „Enigma”, z której pomocą Biuro Szyfrów czytało radiogramy niemieckie, albo też… Dzięki pracy Grzegorza Nowika („Zanim złamano Enigmę…”) wiadomo, że już w wojnie bolszewickiej marszałek Piłsudski „zaglądał bolszewikom w karty”. Sukces rekonstrukcji niemieckiej Enigmy nie wziął się, więc, z powietrza. O działaniach polskiego wywiadu radiowego i dekryptażu na odcinku sowieckim w 20-leciu międzywojennym niewiele wiadomo, bo była to jedna z najpilniej strzeżonych tajemnic II RP, tym niemniej z pewnością działania Biura Szyfrów nie skończyły się w 1920 roku. A przecież międzynarodowe kable telefoniczne i telegraficzne między Moskwą i Berlinem biegły przez terytorium Polski…

            Co do ewakuacji Prezydenta i rządu sprawa jest prosta: w ówczesnej sytuacji, beznadziejnej z punktu widzenia wojskowego, najważniejszą sprawą było ratowanie ciągłości konstytucyjnej państwa i prawno-międzynarodowej podmiotowości Polski, wszelkie sentymenty, względy opinii publicznej były nieistotne, nie było też czasu, aby komukolwiek to wyjaśniać. Już 16 września premier (i zarazem minister spraw wewnętrznych) gen. Sławoj-Składkowski raportował o pojawieniu się licznych, nierozpoznanych grup dywersyjnych na linii Dniestru, co stwarzało już bezpośrednie zagrożenie dla rządu i Prezydenta. Nie wiadomo, czy byli to nacjonaliści ukraińscy, czy niemieccy lub sowieccy dywersanci albo może jedno i drugie. Po drugie, ministrowie wraz z Prezydentem ewakuowali się krótko po północy 18 września przez jedyne czynne jeszcze przejście graniczne do Rumunii; w ciągu poprzedniego dnia Sowieci zajęli Zaleszczyki (około południa), niedługo potem zaś Śniatyń. Groziło odcięcie od granicy. Pisał o tym Sławoj-Składkowski w „Nieostatnim słowie oskarżonego”, wydanym w latach 60-ych. Sam premier i Naczelny Wódz jeszcze pozostali na terytorium Polski. To, co stało się później w Rumunii, to już inna sprawa. Jeszcze do tego wrócę.

            Pozornie bardziej skomplikowaną jest ewakuacja Naczelnego Wodza. Początkowo miał zamiar pozostać, wieczorem 17-ego zmienił zdanie. Dlaczego? O tym, co prawdopodobnie przekonało Marszałka do zmiany zdania, za chwilę. Są jednak dość oczywiste względy natury zasadniczej przemawiające za taką decyzją. Inaczej mówiąc, marszałek Rydz-Śmigły, ryzykując niesławę, wykazał się ogromną odpowiedzialnością. Jak sam powiedział już w Rumunii w wywiadzie dla Melchiora Wańkowicza, miał do wyboru trzy możliwości: 1) bić się (pytanie, kim i czym? Miał obok siebie kilkudziesięciu oficerów sztabowych będących dorobkiem II RP. Mieliby iść z pistoletami na czołgi?); 2) popełnić samobójstwo (cóż to za rozwiązanie?); 3) pójść do niewoli. Tego ostatniego akurat w żadnych okolicznościach nie wolno było mu zrobić! Niezależnie od tego, czy dostałby się w ręce Niemców, czy Sowietów, zostałby zmuszony do podpisania kapitulacji wojsk polskich. Co by to oznaczało, wyjaśniałem wcześniej – wojna definitywnie skończyłaby się dla Polski w roku 1939. Dlatego Rydz-Śmigły uczynił to, co powinien był uczynić w tej konkretnej sytuacji. To, że zapewne większość Polaków tak wtedy, jak i dzisiaj uważa inaczej, nie ma żadnego znaczenia. Większość prawie nigdy nie ma racji!

Ostatecznie nad ranem 18-ego września Marszałek, wraz z generałem Sławojem-Składkowskim, przekroczył granicę w Kutach śladem Prezydenta i rządu.

do spisu treści

Posłowie

czyli „Lwowskie konwentykle” i co z nich wynikło

albo Koniuszek nici prowadzącej na Gibraltar

 

            Jak pisał Karol Liszewski w „Wojnie polsko-sowieckiej 1939” miały miejsce pewne dziwne i niewytłumaczalne zdarzenia. Przykładowo, generał Jan Skorobohaty-Jakubowski, faktyczny dowódca zgrupowania „Dubno”, już po ataku sowieckim wiedział o "dyrektywie ogólnej" marszałka Rydza parę godzin wcześniej, zanim została ogłoszona, poza tym prowadził odwrót zgrupowania niby to w kierunku granicy węgierskiej, ale w taki sposób, jak gdyby chciał, by wpadło w ręce Sowietów. Ale  przykładów takich dziwnych zdarzeń jest więcej. Czym wytłumaczyć fakt, o którym pisał Jerzy Łojek, że wysłannik generała Rómmla w oblężonej Warszawie konferował z jakimś nieznanym z nazwiska urzędnikiem ambasady sowieckiej o godzinie 10 w dniu 17 września, czyli na parę godzin przed słynną dyrektywą ogólną marszałka Rydza, i na tej podstawie o godzinie 18.20 miała być wysłana do ambasadora Grzybowskiego w Moskwie depesza tej treści: „Nakazałem wojska sowieckie wkraczające w granice Polski traktować jako wojska sprzymierzone”? Wysłanie depeszy wstrzymał płk Lipiński. Ale to nie wszystko, na tej samej podstawie generał Rómmel wydał rozkaz do wojska, by nie bić się z bolszewikami. Dlaczego ten sam generał Rómmel uparcie domagał się dla siebie jakichś nadzwyczajnych pełnomocnictw politycznych? Dariusz Baliszewski w „Honor jak kiełbasa” (http://www.wprost.pl/ar/139836/Honor-jak-kielbasa/) przytacza fragment pamiętników generał Rómmla, że oto trzej jego wysłannicy, płk Piasecki, majorzy Wernic i Miłoszewski, od jakiegoś urzędnika ambasady sowieckiej dowiadują się, że „czy wiadomy jest nam fakt, że marszałek Śmigły Rydz nie jest już wodzem naczelnym, a jest nim gen. Sikorski, i że cały nasz rząd przeszedł granicę rumuńską, a z nim razem też marszałek Śmigły?” i to kilkanaście godzin przed tym, zanim Marszałek faktycznie ją przekroczył, a wiadomo, że wahał się do ostatniej chwili, zaś generał Sikorski został premierem dopiero 30 września. Na jakiej podstawie generał Piskor w nocy 15/16 września samowolnie zmienił decyzję marszałka i pozbawił generała Szyllinga dowództwa nad Armią „Kraków”? Jak to było możliwe, że generał Sosnkowski odmówił 15 września manewru na południowy wschód, wobec czego dowództwo nad „przedmościem rumuńskim” musi objąć osobiście Rydz-Śmigły? Dlaczego w nocy 12/13 września generał Sosnkowski zdjął generała Fabrycego ze stanowiska dowódcy Armii "Karpaty"? Jak to możliwe, że już 16 września w Tarnopolu cywilne megafony ogłaszały wkroczenie Sowietów, jako sprzymierzeńców? Jak to możliwe, że generał Franciszek Sikorski, wyznaczony 12 września przez Sosnkowskiego dowódcą „bezpośredniej obrony Lwowa” wkrótce otrzyma paszport sowiecki? W jakim celu gen. Sosnkowski podporządkował generałowi Langnerowi brygadę płk Maczka? Dlaczego płk Rowecki, dowódca Warszawskiej Brygady Motorowej, rozkazał zniszczenie sprzętu pod Tomaszowem, rzekomo z braku paliwa, w sytuacji, gdy były przygotowane zapasy w Chełmie? Dlaczego eszelony, miast być kierowane na „przedmoście rumuńskie”, były kierowane do Lwowa? Co takiego ważnego działo się we Lwowie? Jest jeszcze wiele podobnych pytań, na które brak odpowiedzi. Może jeszcze jedno: dlaczego ambasador Francji Leon Noel już od 9 września usilnie nalegał na ewakuację rządu i Prezydenta przez Rumunię. I jeszcze jeden drobiazg, być może bez znaczenia: szczegóły techniczne ewakuacji władz polskich uzgadniał wiceminister spraw zagranicznych, Mirosław Arciszewski.

do spisu treści

            Z wielu źródeł, m.in. "Wojny polskiej" L. Moczulskiego, „Kampania wrześniowa…” B. Konstantynowicza "Kampania wrześniowa 1939 na Wileńszczyźnie...", T. Jurgi „U kresu II Rzeczypospolitej” i innych wynika jasno i jednoznacznie, że od ok. 10 do 13 września we Lwowie wielokrotnie spotykali się opozycjoniści, tzn. przeciwnicy sanacji: prof. Stanisław Kot (SL), prof. Karol Popiel (chadecja), Stanisław Stroński (ND), generał Józef Haller, generał Władysław Sikorski, płk Izydor Modelski, generał Lucjan Żeligowski, generał Marian Kukiel i inni; wiadomo również i o tym, że 12 września doszło do spotkania generałów: Sosnkowskiego i Sikorskiego. Była nawet mowa o utworzeniu nowego rządu, od czego odciął się, na razie, generał Sikorski, zaś generał Żeligowski wystąpił z pomysłem wezwania na pomoc Sowietów. W innych okolicznościach można by ten pomysł zapisać na karb sędziwego wieku i sklerozy Żeligowskiego, ale… Według B. Konstantynowicza w dniach 10-12 września we Lwowie, w mundurze polskiego pułkownika, miał przebywać generał Iwan Sierow, ten sam, który potem „wsławił się” represjami na terenach Polski w latach 1944-5 i tłumił powstanie węgierskie w 1956 roku. Co więcej, wedle niepotwierdzonych informacji, 15 września miał się pojawić we Lwowie Nikita Chruszczow, zaś pod Lwowem działała radiostacja sowiecka. Zastanawiająca jest też reakcja Karola Popiela na wiadomość o samobójstwie (?) Alfreda Biłyka, ostatniego wojewody lwowskiego, 19 września w Mukaczewie. Znamienna jest przy tym wypowiedź tego ostatniego na temat generała Sikorskiego: „Nic w tej chwili nie reprezentuje”. Stanisław Stroński, jeden ze spiskowców, bo można i należy tu już mówić o spisku, 12 września znalazł się już w Rumunii, do Bukaresztu dotarł 13/14 września i od razu zaczął działać na terenie ambasady polskiej. Prawdopodobnie już wtedy „przekabacił” ambasadora Rogera Raczyńskiego, a przede wszystkim attache, ppłk Zakrzewskiego, po czym 16-ego wyruszył przez Szwajcarię do Francji. Tymczasem 12 i 13 września Lwów opuszczają kolejno: Karol Popiel i Józef Haller. Natomiast generał Sikorski w dalszym ciągu „poszukuje kontaktu z Naczelnym Wodzem”; m.in. w Dubnie spotyka się z generałem Skorobohatym-Jakubowskim, kręgi spisku rozszerzają się! (Stały kontakt drogą lotniczą odbywał się między generałami: Piskorem, Sosnkowskim i Langnerem).

Jak wiadomo, Prezydent, rząd i Wódz Naczelny zostali internowani w Rumunii; mówi się, że to za przyczyną nacisków niemieckich. Owszem, ambasador niemiecki interweniował w tej sprawie, ale raczej pro forma, bez nadziei na sukces. W świetle choćby powyższych informacji widać jasno, że internowanie było wynikiem spisku uknutego przy Quai d'Orsay, co musiało być tajemnicą poliszynela, skoro dowiedział się o tym ambasador Francji w Madrycie, marszałek Petain, który następnie powiadomił o tym ambasadora Szumlakowskiego. Ten niezwłocznie wysłał depeszę do ambasady polskiej w Bukareszcie. Niestety, tam już działali spiskowcy … Motywy działania Francuzów są nietrudne do odczytania, chcieli pozbyć się zbyt niezależnych polityków polskich, przede wszystkim Józefa Becka i marszałka Rydza. Jest jasne, że udział w tym brali polscy opozycjoniści, z generałem Sikorskim na czele, dla nich była to idealna okazja do przejęcia władzy i odegrania się na „sanatorach”. Jednakże wiele wskazuje na to, że – oprócz Rumunów, którzy byli tylko narzędziem – przyłożyli do tego rękę Sowieci i to bynajmniej nie bez wiedzy  „sikorszczaków”.

            Niejako „na deser” zostawiam okoliczność, której nie potrafię wyjaśnić. Jak to możliwe, że dowódca obrony Lwowa, generał Langner, nie dość, że najpóźniej 14 września, jak podaje Konstantynowicz, praktycznie odseparował się od wpływu Sztabu Naczelnego Wodza, nie dość, że wbrew rozkazom poddał miasto, które mogło jeszcze się bronić, poddał miasto Sowietom (co jeszcze samo w sobie można by potraktować jako błąd w kalkulacjach), ale w sytuacji, gdy jego podwładni trafili do Starobielska, a potem zostali ekshumowani w Piatichatkach - w 50 lat później, jemu samemu Sowieci wkrótce potem pozwolili wyjechać do Rumunii. Stamtąd trafił do Francji, a następnie Wielkiej Brytanii, gdzie pełnił mało znaczące funkcje, a ostatnie dwa lata wojny spędził w sztabie Inspektoratu Wyszkolenia. Po wojnie dostał nawet awans na generała dywizji. Ciekawe, nikt go o nic nie pytał?

            O „lwowskich konwentyklach” rzecz jasna II Oddział informował marszałka Rydza, kanałami policji politycznej informacje na pewno docierały do generała Sławoja-Składkowskiego i to prawdopodobnie ta właśnie okoliczność przesądziła o tym, że Marszałek zdecydował się opuścić kraj. Być może liczył na to, że dotrze do sojuszniczej Francji.

do spisu treści

            Jeszcze dwie okoliczności, które być może w ogóle nie mają związku ze sprawą, ale należy je przypomnieć. Jak wspomniałem, rozmowy techniczne z Rumunami na temat ewakuacji władz polskich prowadził wiceminister Mirosław Arciszewski, poprzednio w latach 1932-8 poseł polski w Rumunii właśnie, a więc człowiek, zdawałoby się, jak najbardziej odpowiedni do tej roli, bo mający "stosunki" w Bukareszcie. Jest tylko jeden problem: został on odwołany z Bukaresztu z powodu zamieszania żony Eugenii, "białej" Rosjanki, w aferę szpiegowską na rzecz ZSRR. Pozostał w służbie państwowej, a nawet w MSZ pod warunkiem, że się rozwiedzie, ale tego warunku nie dotrzymał. Rodzi to pewne pytania, choćby o funkcjonowanie kontrwywiadu II RP. I druga okoliczność, niewątpliwie zamieszany w spisek generał Piskor był w latach 1926-31 szefem Sztabu Głównego; musiał odejść ze stanowiska, gdy wyszło na jaw, że jego młoda żona wplątała się w dziwną znajomość, która okazała się być sowieckim szpiegiem, zaś u generała w mieszkaniu znaleziono dokumenty sztabowe, których tam być nie powinno… Przypadek? Dodajmy do tego ujawnione niedawno w Rosji okoliczności zwerbowania płk Tadeusza Kobylańskiego, byłego attache w Moskwie i w Bukareszcie; został on w końcu dyrektorem Departamentu Wschodniego MSZ. O dwu z tych spraw pisał swego czasu prof. Paweł Wieczorkiewicz („Polscy agenci Kremla”, http://www.wprost.pl/ar/84100/Polscy-agenci-Kremla/ ).

            Jak wiemy, na mocy dekretu Prezydenta Mościckiego, 30 września nowym prezydentem został Władysław Raczkiewicz, który wkrótce powołał w Paryżu nowy rząd z generałem Władysławem Sikorskim na czele. W skład tej i kolejnych ekip weszli również „lwowscy konspiratorzy”, oprócz generała Sikorskiego i Hallera osoby mało znane lub w ogóle nieznane w kraju. Niewiele czasu upłynęło, a nowa ekipa zaczęła gorliwie oczyszczać armię z ludzi związanych z sanacją lub o taki związek podejrzewanych. Osoby niewygodne trafiały do obozu w Cerizay we Francji, a potem, po jej upadku, na wyspę Bute k. Glasgow. Lecz nie to jest najważniejsze, choć rzuca światło na motywy działania generała Sikorskiego i jego politycznych kolegów. Jest inny, poważny problem; rząd generała Sikorskiego formalnie rzecz biorąc powstał 30 września, ale faktycznie był efektem "lwowskich konwentykli" z 10-13 września, o których w ambasadzie sowieckiej w Warszawie wiedziano już 17 września, czy to nie daje do myślenia? Oto wojna, i niewidzialna a pomocna, obca ręka (lub ręce) wydobywają generała Sikorskiego z politycznego niebytu. Dodajmy, ta sama ręka, być może mimochodem, winduje w górę całą plejadę kreatur, którym za rekomendację często wystarczały jedynie rzeczywiste lub urojone krzywdy ze strony sanacji. Nie chodzi przy tym o takich osobników, jak Kot, Popiel, Stroński, Haller czy Kukiel, w rządzie emigracyjnym wylądowali też wspomniany Mirosław Arciszewski czy Stefan Litauer, parę lat później zidentyfikowany, jako agent GRU, sowieckiego wywiadu wojskowego. Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że i pułkownik (wkrótce generał) Modelski, i Stanisław Kot, i Stanisław Stroński po wojnie znaleźli się w PRL, dopiero potem jakby przejrzeli na oczy, a generał Paszkiewicz był nawet  dowódcą okręgu KBW, on też bezpośrednio przyczynił się do aresztowania generała Fieldorfa "Nila", swojego podwładnego we wrześniu 1939 r. Zostawmy to jednak na boku. O tym, że owa tajemnicza ręka, ręka Paryża ingerowała w sprawy polskie, świadczy choćby reakcja na desygnowanie generała Wieniawy-Długoszowskiego na następcę przez prezydenta Mościckiego. Wobec odmowy uznania przez Francję wszelkiego rządu powołanego przez Wieniawę, desygnowany został Władysław Raczkiewicz. W związku z tym nie od rzeczy będzie pytanie o to, kim właściwie był Władysław Sikorski, co o nim wiemy? Z wielu różnych relacji osób, które znały go bliżej, wiemy, że był człowiekiem niewątpliwie inteligentnym, ale próżnym, łasym na pochlebstwa, mściwym, skłonnym do prywaty. Widoczne jest to w jego postępowaniu na emigracji, w otaczaniu się miernotami, zaś odrzucaniu osób, które coś sobą reprezentowały, wykazywały jakąś niezależność poglądów. Nie wiadomo właściwie, skąd opinia o Generale, jako o wybitnym strategu i polityku. W roku 1920 dowodził tylko armią (w znaczeniu 1920 roku), gdzie, więc, miał nabyć to doświadczenie w dowodzeniu wyższymi związkami taktycznymi? (Inna rzecz, że identyczny zarzut można by postawić wszystkim polskim generałom w 1939 roku). Był premierem w latach 1922-3, ministrem spraw wojskowych, przymierzał się nawet do prezydentury po zabójstwie Gabriela Narutowicza, co mu jednak dyskretnie acz stanowczo wyperswadowano. Przyczyną miały być bliskie, nadmiernie bliskie kontakty z ambasadą Francji. Potem jedenastoletnia „odstawka” z dala od wojska, z dala od polityki. Oficjalną przyczyną, wedle historiografów, miała być osobista niechęć między Piłsudskim i Sikorskim. A może przyczyny były głębsze?

            Wreszcie epizod z kampanii francuskiej 1940 roku ilustrujący „talenty" generała Sikorskiego; oto Brygada Podhalańska ewakuowana z Norwegii 8 czerwca 1940 wylądowała w Breście 14 czerwca – bez broni ciężkiej. W tej sytuacji stała się łatwym łupem Niemców 18 czerwca. Z całej brygady uratowało się tylko 400 ludzi. Problem w tym, że po drodze Brygada stała przez dwa dni w porcie w Szkocji, do Brestu trafiła wskutek interwencji generała Sikorskiego. Generał do samego końca był „zapatrzony w gwiazdę Francji”. Ze z takim trudem odtworzonej 85-tysięcznej armii polskiej we Francji za kanał udało się ewakuować jedynie 15 tysięcy, z nieproporcjonalnie wielką liczbą oficerów; niemała w tym „zasługa” generała Sikorskiego. Już to kontrastowało z całą antysanacyjną frazeologią „sikorszczaków”.

            Krótko mówiąc, „akuszerem” nowego porządku była dyplomacja francuska, ale przy jego „poczęciu” – jak wydaje się – asystowali również Sowieci. Po drugie, mimo całej patriotycznej frazeologii, po raz kolejny okazało się, że nawet wojna nie przeszkadza ambicjom politycznym, zwłaszcza tym „na wyrost”, ani bezwzględnej walce o władzę. Nie po raz pierwszy w naszej historii pojawia się w krytycznym momencie obca ręka, co gorsze, o ile można zrozumieć to, że Francuzom wadzili zbyt niezależni politycy sojuszniczej Polski, że Sowieci skorzystali po prostu z okazji, o tyle przyłożenie ręki do internowania przez obcych legalnych władz własnego kraju oraz "robota rozkładowa" w wojsku w warunkach wojny, stawiają pod znakiem zapytania moralne i polityczne kwalifikacje do sprawowania rządów. Oczywiście, wiele można zarzucić ekipie sanacyjnej, na przykład to, że najpóźniej wiosną 1939 powinna była doprowadzić do rządu koalicyjnego na szerszej bazie politycznej, ale to zupełnie inna sprawa.

            Prześledziwszy koleje II Wojny Światowej można zauważyć dziwne paralele między Polską i Wielką Brytanią z jednej strony oraz Władysławem Sikorskim i Winstonem Churchillem – z drugiej, oczywiście przy zachowaniu odpowiednich proporcji. Zarówno Polska, jak i Wielka Brytania zostały bez własnej woli, a nawet bez woli Hitlera, który długi czas miał zupełnie inne plany, "wmanewrowane" w wojnę. W jej wyniku i Polska, i Wielka Brytania stały się klientem mocarstwa, odpowiednio: ZSRR i USA. Czyli początek i koniec wojny był w obu przypadkach bardzo podobny. Te paralele są jeszcze bardziej widoczne w przypadku Churchilla i Sikorskiego. Obu wojna i obca, pomocna ręka wyciągnęła z politycznego niebytu; przed 1939 rokiem Churchill był, bowiem, politycznym outsiderem, nawet we własnej partii, był nawet w pewnym momencie bankrutem w dosłownym znaczeniu. „Ktoś” mu pomógł! Tym „kimś” był Roosevelt. Owszem, w pierwszych dniach wojny Churchill wszedł do rządu koalicyjnego, który powołał Neville Chamberlain (a na co nie zdobyła się sanacja), ale nie on grał w nim pierwsze skrzypce. Już wtedy, od jesieni 1939 roku zaczęła się intensywna korespondencja między FDR i Winstonem Churchillem… Dlaczego Roosevelt postawił na Churchilla? To proste, Neville Chamberlain i lord Halifax (szef Foreign Office) nie chcą otwartej wojny z Hitlerem, bo to tylko w interesie Stalina, Churchill – wręcz przeciwnie. Nie są znane dokładnie mechanizmy objęcia fotela premiera Wielkiej Brytanii, wiadomo jednak, że nie były to zbyt czyste metody, o czym mowa w „Od własnej kuli…". Neville Chamberlain podał się do dymisji w związku z fiaskiem operacji w Norwegii, następcą miał być lord Halifax. Problem w tym, że dymisja Chamberlaina nastąpiła w dniu niemieckiego ataku na Francję, ex-premier chciał dymisję cofnąć, ale Churchill „wstawił nogę w drzwi”.

            Obaj panowie borykali się z silną opozycją, pozycja Churchilla długo była dość słaba. Pomogła mu seria przypadków: w 1940 roku jesienią zmarł niespodziewanie Neville Chamberlain, przez co ubył mu poważny konkurent, zmarł nagle ambasador w USA, lord Lothian, jego miejsce zajął lord Halifax, niedoszły premier. Kolejny opozycjonista, Samuel Hoare trafił na placówkę w Madrycie (znowu ten Madryt! Fakt warty zapamiętania!), Rab Butler, kolejny opozycjonista, otrzymał mało znaczące stanowisko. Pozostał jeden człowiek: Stewart Menzies, od listopada 1939 szef MI-6, nie był on zwolennikiem Churchilla.

            Znane są oferty pokojowe Hitlera składane różnymi kanałami, trwały kontakty brytyjsko-niemieckie na szczeblu wywiadów, istniał kanał łączności między szefem Abwehry, adm. Canarisem, i szefem MI-6, Stewartem Menziesem (R. Bassett „Arcyszpieg Hitlera”). Wydaje się, że zostały one zastopowane przez Winstona Churchilla, co nie oznacza, że kontakty ustały. Wielce prawdopodobne jest, że w 1942 roku doszło do spotkania między Menziesem i Canarisem w Hiszpanii. Kanałem łączności była najprawdopodobniej przebywająca w Szwajcarii żona ostatniego polskiego attache wojskowego w Berlinie, płk Szymańskiego. Sam Churchill, jakkolwiek sceptyczny wobec niemieckiej opozycji, miał powiedzieć już po wojnie, że dzięki Canarisowi wojna trwała o dwa lata krócej. Tym niemniej, punktem zwrotnym była konferencja w Casablance, na której zapadła decyzja o bezwarunkowej kapitulacji Niemiec, forsowana przez prezydenta Roosevelta. To oznaczało właściwie porażkę Churchilla i koniec, albo początek końca, samodzielności polityki brytyjskiej. Znamienny jest w związku z tym zagadnieniem wywiad, jakiego udzielił prof. Zbigniew Stańczyk, dyrektor Działu Polskiego Instytutu Hoovera (http://www.dziennik.com/www/dziennik/kult/archiwum/07-12-02/pp-09-13-02.html ). Warto w tym miejscu przypomnieć, wspomnianą w wywiadzie, tzw. „akcję kontynentalną” prowadzoną z Lizbony przez płk Jana Kowalewskiego mającą na celu oderwanie satelitów Hitlera: Węgier, Rumunii i Włoch, od Niemiec. Akcja nie powiodła się właśnie w związku z deklaracją o bezwarunkowej kapitulacji.

            Niewiele później, bo w kwietniu 1943 roku, Niemcy publicznie ogłosili odkrycie grobów w Katyniu, co postawiło rząd generała Sikorskiego w niezwykle trudnej sytuacji. Moim skromnym zdaniem osobista sytuacja samego generała była jeszcze trudniejsza, jeśli przypomnimy owe „lwowskie konwentykle”, a zwłaszcza dziwne postępowanie generała Langnera, który z pewnością był wtajemniczony, potem zaś opuścił w równie dziwnych okolicznościach ZSRR, zaś jego podkomendni trafili do Starobielska. Dalszy ich los jest obecnie znany. Również moim zdaniem stanowi to okoliczność poważnie obciążającą Generała, krótko mówiąc, jego polityka „dogadywania się” z ZSRR skończyła się całkowitym fiaskiem, a to oznaczało, że stał się bankrutem politycznym. Jest jasnym, że „sprawę katyńską” generał rozegrał wyjątkowo niezręcznie, co dla Rosjan stało się znakomitym pretekstem do przerwania stosunków z rządem londyńskim. Może to zbyt daleko idąca interpretacja, ale mogła to być także próba ze strony Moskwy „przywołania Generała do porządku”.

            Bardzo dziwne jest jednak to, że i „katastrofa gibraltarska”, i tajemniczy zamach na Churchilla (2 lipca 1943) miały miejsce w tym samym czasie, jak gdyby „ktoś”, bo musiała to być ta sama ręka, uznał, że obaj panowie muszą zniknąć. W przypadku Churchilla zamach nie powiódł się… Jest bardzo prawdopodobne, że miała tu miejsce współpraca polskich i brytyjskich służb specjalnych, przy współudziale Abwehry, gdyż, jak wspomniał prof. Stańczyk, usunięcie Sikorskiego było warunkiem stawianym przez np. Węgrów. Pozbycie się Churchilla oznaczało zaś odrzucenie, szkodliwej z natury, zasady bezwarunkowej kapitulacji. Zbieżność dat nie może tu być przypadkowa: 2 i 4 lipca, 5 lipca – początek niemieckiej ofensywy na łuku kurskim, 9 lipca początek inwazji na Sycylii. W czerwcu zaś miał miejsce nieudany zamach na Hitlera. Dodajmy, że takich operacji jak ta ostatnia nie planuje się z dnia na dzień i nie da się ich, ot tak sobie, w ciągu pięciu minut odwołać. Nie wiem, czy rzeczywiście było tak, że to opozycja brytyjska i polska zaplanowały próby usunięcia obu premierów, ale może warto pójść tym tropem? Tym bardziej, że tak lansowane łączenie z tą sprawą Philby'ego nie bardzo ma sens z uwagi na zbyt niskie stanowisko tego ostatniego w hierarchii brytyjskiej.

 

Pobierz: "Orły różnej maści".

 

 

do spisu treści